Rynek, jeszcze przed zachodem słońca

O 18 biją na trwogę. Hejnał od początku epidemii brzmi mi za każdym razem coraz bardziej fałszywie. Ale jestem. Mimo wszystko jest pięknie. Co dalej? Nie wiem. Ale chciałabym być tu częściej.

Opublikowano dźwięki, obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

miasto, rzeka, wieczór

Byłam w drodze z punktu A do punktu B. Szłam bardzo szybko, ale i tak w pewnym momencie zorientowałam się, że nie zdążę. Co robić? Kupiłam na kolację porcję lodów i poszłam na bulwary. I poczułam się tam niespodziewanie dobrze. Dużo lepiej niż w miejscu, w którym mieszkam.

Na moim osiedlu jestem niepasującym puzzlem. Nie mam dzieci w żłobku, nie wrzucam na fejsa zdjęć psich kup znalezionych na trawniku, na moim balkonie nie stoją dizajnerskie krzesła ani nie wisi hamak. Przez okno widzę zawsze ten sam prostokątny wycinek rzeczywistości. Czasem między pracą a pracą uciekam na spacer na wzgórze. Ale znam tę trasę już prawie tak dobrze jak prostokąt okna.

Nagle nad rzeką wszystko zaczęło do siebie pasować. Poczułam, że znowu jestem w Krakowie, który znam i kocham. Zadziałało magiczne przyciąganie płynącej wody? Wiatr we włosach, obietnica przygody? Może tak. Pomyślcie: archetypiczne miasto, gdzie je budowano. Albo nad rzeką, albo na wzgórzu, albo jedno i drugie naraz. Mogłabym być nad Donaukanal albo nad Szprewą. Swego czasu było mi tam tak samo dobrze i swojsko jak nad Wisłą. Dlaczego porzuciłam miasto? A może to ono porzuciło mnie?

Kładka wariowała tęczowymi światłami. Zaczęłam rozglądać się dookoła i robić zdjęcia. Zresztą nie tylko ja. Co druga mijana przeze mnie osoba miała w ręce albo telefon, albo porządną lustrzankę. Spotkałam nawet parę z fotografką na sesji ślubnej. Tak czy inaczej, spacerując po bulwarach stałam się bardziej skupioną i zainteresowaną światem wersją siebie.

Chwilę zajęło mi zorientowanie się, co jest grane. A właściwie: co nie jest. Po raz pierwszy od tygodnia chodziłam bez słuchawek w uszach. Przez dobrą godzinę byłam w stanie słuchać swoich myśli.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

suchar na wieczór

Spacerowałam dzisiaj po Podkowińskiego. Szału nie było.

(Zdjęcie zrobione gdzie indziej. Ale niedaleko.)

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , | Dodaj komentarz

how many hands do you see?

Kazimierz i tak trochę nierealny, sfotografowany w szybie i przefiltrowany tym bardziej. Nadal pustawy, nie licząc kolejki do frytek na skwerze Judah. Wszystko trochę przysnęło, przyczaiło się i czeka na lepsze czasy.

Wiem, że Kraków przetrwa. Nie takie rzeczy przetrwał. Wojny, okupacje, zabory, Twierdzę Kraków, biedę, cholerę. Tracił po 1/3 populacji, a i tak podnosił się, remontował, odmalowywał ściany, i zachwycał dalej.

Mimo wszystko smuci mnie puste miasto. Przepełnione czasem mnie przerażało, ale puste smuci. A może, jak to zwykle bywa, filtruję obraz przez swój własny nastrój. Spróbujmy zatem włączyć inny filtr. Podkreślić te błyszczące światełka w witrynie.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , | Dodaj komentarz

krajobraz po uczcie albo rycerze w kawiarni

Można by dopisać do tego zdjęcia dopisać jakieś – nomen omen – głodne kawałki o resztkach lepszego świata. Albo o tym, że cappuccino dla gołębi to jak perły przed wieprze. Ale po co.

W trakcie, kiedy to piszę, za oknem kosiarz włącza kosiarkę. Jest 9.30 i do tej pory było cicho. Ale ileż można się cieszyć luksusem jak ten pączek w maśle albo gołąb nad filiżanką cappuccino. Znowu czeka mnie przynajmniej pół dnia przy komputerze przy zamkniętych oknach. Ani powietrza, ani przyjemności, ani sensu. Do weekendu jeszcze daleko. Ale przynajmniej mam nowy zaparzacz do kawy.

PS. Wiecie, że krakowskie gołębie to tak naprawdę zaklęci rycerze, prawda?

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

słoneczniki (ale nie Van Gogha)

Drobiazg z czasów, kiedy szczegóły były ważne.

Może to programowy brak ornamentów czyni nowoczesną architekturę tak nieprzyjazną w oczach wielu?

Opublikowano obrazy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

jesień: czas start

kalosze-i-jesienne-liscie

Kasztany i żółte liście na Plantach. Pajęczyna w toalecie na Zamku Królewskim. Ochota na czytanie długich książek i słuchanie starych smutnych piosenek. Wszystko to wyraźne znaki, że zaczyna się jesień.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , | Dodaj komentarz

words and mistery. words and misery.

Kiedyś, gdzie indziej. Fot. Krakowskie impresje

Opublikowano obrazy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

anonimowy autor natchniony…

… na krakowskim Kazimierzu wie, jak jest.

W głowie gra też Raz Dwa Trzy:

dużo myślę choć myśli

nie zawsze są dobre i piękne

(…)

wczoraj było i jest bo tkwi we mnie
i niech będzie choć jutro lecz ze mną
bo to wczoraj ważniejsze dziś jest
dla mnie niż jutro niepewne

A mi z kolei jutro zatruwa dzisiaj. Bardzo próbuję je przegonić. Myśleć o wczoraj. Albo o pojutrze. Wychodzi mi mniej więcej tak dobrze, jak niemyślenie o różowych hipopotamach.

„O czym myślisz?” – pyta torebka cukru niepotrzebnie dołożona do espresso. Oh, come on.

Opublikowano dźwięki, obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

idę do Gebirtiga

Mam trochę czasu do zabicia w Podgórzu. Idę zatem do Gebirtiga. Chciałoby się napisać: „na grób Gebirtiga”, ale Mordechaj Gebirtig (w papierach: Markus Bertig) nie ma grobu. Prochy takich jak on wiatr rozwiewał nad miastem, kiedy w sierpniu 1944 likwidowano obóz w Płaszowie i palono zwłoki wyciągnięte z masowych grobów.

Gebirtig kochał Kraków bardzo. Jego „Blayb gezunt mir, Kroke” (Bądź mi zdrów, Krakowie) to jeden z najbardziej wzruszających wierszy na temat naszego miasta, jaki znam. Powinni to drukować we wszystkich antologiach i przewodnikach. Nie ma tu słowa o Wawelu ani Rynku Głównym (pisząc ten wiersz w październiku 1940, Mordechaj Gebirtig od mniej więcej roku pozbawiony był prawa do przebywania w takich miejscach), są za to o „świętej ziemi”, w której leżą prochy przodków i o bólu niemłodego już człowieka, który wie, że nie spocznie w tej samej ziemi, co oni.

A jednak po tym wzruszającym pożegnaniu Gebirtig do Krakowa powrócił. Na cmentarz z prochami przodków raczej nie. Z getta nie wychodziło się na takie przepustki. Potem na terenie nowego cmentarza zaczęto budować obóz. Tego na szczęście nie dożył.

Gebirtig nie ma grobu, ale jest przynajmniej tablica w miejscu, w którym zginął. Róg ulicy Janowa Wola. Po co właściwie tam idę? Wiem, co jest na tej tablicy. Znam datę i okoliczności śmierci. Współtowarzyszy, z których jeden – Abraham Neumann, malarz – został nawet wymieniony z nazwiska. Czasem obok tablicy ktoś zapali znicze albo położy kamień. Zwłaszcza w okolicach rocznicy. Ale tym razem na początku czerwca chyba nikt o tym nie pomyślał. Byliśmy zajęci wracaniem do życia, zamawianiem masek, pisaniem wniosków o wsparcie. Na parapecie leży tylko duży, brzydki kamol. Upamiętnienie czy przypadek?

Skoro już tu jestem, próbuję przynajmniej rozszyfrować hebrajskie literki (tablica jest trójjęzyczna: polsko-hebrajsko-angielska). Niektóre nawet układają mi się w słowa. Rozpoznaję „getto”, „malarza”, i „Kraków”. No i nazwiska.

Na rodzinnych grobach też nie robię o wiele więcej, kiedy już tam docieram. Postoję, podumam, poczytam napisy. Żegnam się zatem z Gebirtigiem. Jutro znowu poczytam jego wiersze turystom. Oczywiście opowiem też o liczbach, datach, faktach. Ale coś mi mówi, że to jego historię zapamiętają najlepiej.

Opublikowano słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz