kilka słów o węgorzach

W wieku czterech lat nauczyłam się czytać. Osiem, może dziewięć lat później zaczęłam zapisywać tytuły wszystkich przeczytanych książek. Później doszły do nich krótkie recenzje. Dzięki tej niegroźnej manii, która pochłonęła już 2,5 zeszytu, wiem, że oprócz lektur z podstawówki (a było ich niewątpliwie sporo) przeczytałam w życiu na razie 665 książek, z czego w samym 2020 roku – 36. Cóż, zwłaszcza drugi kwartał tego roku zapewnił czas na nadrabianie książkowych zaległości w niespotykanych dotąd ilościach.

Ostatnio z wiadomych powodów dominowały u mnie lektury okołowojenne i nadrabianie faktów z tzw. Wielkiej Historii, dlatego po ustaniu, że tak to ujmę, motywacji zewnętrznej dla zajmowania się wojną i Zagładą, z przyjemnością rzuciłam się na coś diametralnie innego. Zbiór krótkich esejów poświęconych podróżom – małym, wielkim i zgoła nieistniejącym, a tylko planowanym. Książkę Krzysztofa Środy „Niejasna sytuacja na kontynencie. Prywatny przewodnik po różnych stronach świata” (wyd. Czarne, Wołowiec 2014) polecam serdecznie na skołatane nerwy. Mnie szczególnie ujął fragment akurat nie sielski, przeciwnie, raczej niepokojący, a traktujący o wędrówkach węgorzy.

Węgorze to dziwne ryby. Do repertuaru ich niezwykłych zachowań należy fakt, iż nawet te z nich, które żyją w Europie, rozmnażają się w Morzu Sargassowym, po zachodniej stronie Atlantyku, „w linii prostej (…) osiem tysięcy kilometrów od rzek i jezior, w których spędzają życie” (s. 87). Już sam ten fakt jest absolutnie fascynujący, ale jeszcze bardziej frapująca jest jedna z teorii naukowych, próbujących go wyjaśnić. Cytuję:

węgorze rozmnażały się w Atlantyku już wtedy, gdy przyszły ocean był zaledwie średniej wielkości morzem rozdzielającym dopiero co odłączone od siebie części wielkiego prakontynentu – Pangei. Część z nich zasiedlała rzeki przyszłych Ameryk, część zaś – równie niedalekiej Europy i Afryki. Zwolennicy tej koncepcji spierają się wprawdzie o to, czy brzeg zachodni, wraz z głębiną, w której węgorze odbywały tarło, odsuwał się od brzegu wschodniego, czy też było odwrotnie, ale dla samych ryb nie miało to znaczenia. W jednym i drugim przypadku oznaczało to bowiem, że te z nich, które przywykły do życia w wodach przyszłego kontynentu europejskiego, musiały w każdym pokoleniu odbywać, ścigając oddalającą się płytę tektoniczną, wędrówkę nieco dłuższą niż ich rodzice. O ile dłuższą? O centymetry? Milimetry?… (s. 92n)

Ta sama podróż, a jednak coraz dłuższa, setki, tysięcy razy dłuższa niż na początku. Zwycięstwo nad materią – czy wręcz przeciwnie? Heroizm czy absurd? Czy czytając ten opis, nie myślicie o życiu, a konkretniej – o roku 2020, w którym rzeczy trudne (np. pieczenie chleba) okazały się proste, a rzeczy proste (np. pójście do pracy albo pojechanie na urlop) okazały się bardzo trudne?

PS. Na zdjęcie załapał się fragment własnoręcznie upieczonej bułki drożdżowej oraz gazety sprzed miesiąca, którą dzisiaj wreszcie planuję doczytać.

Informacje o Natalia Wo

Krakowianka, obserwatorka, słuchaczka, czytaczka.
Ten wpis został opublikowany w kategorii książki i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s