wróciło

Wróciło życie. Nie wiadomo, na jak długo, ale wróciło. Po kilku weekendowych wycieczkach i niesamowitych rozmowach z ludźmi z całego świata mam w sobie mnóstwo pozytywnej energii. Tyle, że aż mam ochotę wysłać ją sobie samej ze stycznia, żeby przywrócić jej chęć do życia.

I chyba mi się udaje, bo kilka godzin później mam zupełnie rozładowane baterie. Boję się zasnąć, bo kiedy się obudzę, będzie poniedziałek, a ja nie mam siły na kolejny poniedziałek i kolejny tydzień. Do piątku tak daleko. A co, jeśli w międzyczasie świat znowu się zamknie? Nie mam siły na kolejne zamknięcie świata.

Jestem wściekła na siebie, że zawsze muszę tyle myśleć. Że potrafię sobie zepsuć każdą radość. Że szukanie dziury w całym tak dobrze mi wychodzi. Ale podoba mi się ta absurdalna koncepcja podróży w czasie. A może naprawdę wysłałam tę energię w przeszłość i uratowałam się przed czymś strasznym? A może przez kilka ostatnich miesięcy żyłam na kredyt i teraz po prostu wyrównuję rachunki? Kilka łyków każdego letniego piwa w ogródku jako ofiara dla bóstw ciemności. A już piwo pite na tarasie, z którego, jeśli się wychylić, widać stary żydowski cmentarz, należy im się bez żadnych dyskusji. Weźcie swoją porcję i nie podchodźcie zbyt blisko. Dajcie jeszcze trochę pożyć. Pożyć na kredyt, pożyć na zapas? To się dopiero okaże.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

skręcić ze Zwycięstwa w Pokój

W nazwach ulic lubię to, że mówią i generują znaczenia. Że pasują do ulic, które próbują opisać, albo wręcz przeciwnie – gryzą się z nimi, wytwarzając nadwyżkę ironii. Że czasem nie wiadomo, w jakim przypadku je czytać i jak odmieniać (Gramatyka, Retoryka). Że zacierają się ich dawne znaczenia. Jak przy takim Poniedziałkowym Dole – niewinna nazwa topograficzno-odimienna brzmi teraz jak opis kondycji psychicznej, która co tydzień dotyka znaczącej części populacji.

Dziś natomiast, podczas w nieskończoność ciągnącej się jazdy tramwajem z Bronowic na Czyżyny, zachwyciło mnie skrzyżowanie Zwycięstwa, Pokoju i Ofiar. Czyż można lapidarniej opowiedzieć o wojnie?

Nie lubię nazw ulic na moim nowym osiedlu. Są napuszone i ogólnikowe. Jakby ktoś na siłę próbował się odciąć od okolicznych Pod Strzechą, Zielonego Mostu, Na Polach. Tam wieś, tu nowoczesna, prestiżowa inwestycja. I cóż z tego, że na obrzeżach.

Ach, zapomniałabym! Pewna, zdawałoby się, poważna firma, z którą współpracuję, wysłała mi ostatnio maila z informacją o zmianie adresu. Przeprowadzili się z Czerwonego Kapturka na Królewny Śnieżki.

Opublikowano słowa | Otagowano | Dodaj komentarz

pustostany

Dni są teraz bardzo długie, a najdłuższe ze wszystkich dni są wolne niedziele. Tyle, tyle godzin, które można zmarnować.

Można też iść na górę, pod Lipkę, i zdziwić się bardzo zbożem, jakby się go nigdy wcześniej tutaj nie widziało. A przecież musiało się widzieć, bo w zeszłym roku też było lato, a skoro było lato, to rosło zboże. Wrażenie, jakby od marca 2020 trwał jeden długi rok, czy wręcz jeden długi miesiąc, choć dojmujące, musi być fałszywe. Czas płynie, świadczą o tym zmieniające się cyferki w kalendarzu i zmienna długość dnia. Czas jest dziwny, magmowy, bo nie ma na horyzoncie niczego, na co by się czekało. Już wiem na pewno, że to nie jest zły sen, z którego się obudzę. Wiem też, że im mniej planów, tym mniej rozczarowań.

Można nawet wsiąść na rower i pojechać do miasta, na zamek. Ale tam też nie ucieknie się od siebie. Słońce, idealnie niebieskie niebo i idealne białe kamienie, to wszystko jest jak wyrzut. Prawie słyszę, jak pytają, dlaczego marnuję czas. Ale jak nie marnować czasu? Skąd wziąć w sobie siłę, żeby jednak coś wartościowego robić, i przede wszystkim – jak zacząć doceniać to, co się robi? Im więcej mam czasu, żeby nad tym myśleć, tym bardziej nie wiem. Im więcej myślę, tym bardziej mam ochotę uciec od siebie i od myślenia.

Wolna, pusta niedziela. Puste, dziurawe lato, przeszywane z rzadka małymi olśnieniami. Nie oszukujmy się, olśnienia to zwykle spotkania. Rozmowy. Rzadkie chwile, kiedy nie jestem sama, nie muszę sama o własnych siłach znosić siebie, bo przez chwilę ktoś pomaga mi dźwigać kawałek mnie.

A więc zbyt pusto i zarazem zbyt pełno. Należałoby, jak pisał bodajże Wieniedikt Jerofiejew, trochę odchudzić duszę. Odchudzić też oczekiwania, aby wreszcie przestać się rozczarowywać, a może nawet dać się czemuś (komuś?) przyjemnie zaskoczyć.

Opublikowano słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

podsłuchane w pociągu

„Mnie już coraz mniej rzeczy zachwyca. Mam dystans do wszystkiego.”

Opublikowano słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

najnormalniej pod słońcem

Zapowiada się lato w rozkroku między nowym normalnie a starym normalnie.

Nowe normalnie: cztery ściany, komputer, słuchawki izolujące od kosiarki, placu budowy, remontów. Zoom fatigue. Zdalne zmęczenie. Podgląd własnej twarzy w kamerce. Ból głowy od słuchawek. Czasem też olśnienia i satysfakcja, oczywiście. Ale też zdalnie.

Stare normalnie: słońce, deszcz, wiatr, ludzie. Ludzie niezapośredniczeni przez telefon czy komputer, ba! ludzie przez kilka godzin niezaglądający do telefonów. Długie kilometry w nogach. Odciski. Ból gardła od przekrzykiwania muzyki klezmerskiej, bębniącego o chodnik deszczu, motorów. Zmęczenie jak najbardziej prawdziwe. Ale łatwiej z niego odpocząć niż z tego wirtualnego. Po pracy, przy odrobinie szczęścia, lampka albo kufel czegoś gdzieś na mieście. Długie nocne rozmowy. Na żywo.

Gdyby tak wyłączyć wszystkie natrętne myśli i po prostu cieszyć się tym latem. Każdym spotkaniem. Zatankować na zapas słońce, rozmowy, spotkania, i wszystkie inne rzeczy, dla których nie ma słów, a nawet jeśli są, to nie oddają im sprawiedliwości. Po prostu robić swoje i nie zadręczać się codziennie, że nie robi się tego wystarczająco dobrze. Wyjechać na kilka dni i z przyjemnością wrócić. Nie planować wszystkiego z wyprzedzeniem. Może nawet raz na jakiś czas się spóźnić. Żyć tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

sobota, knajpa, piwo, normalnie, nienormalnie

Widoczek z czwartkowych bulwarów. Ostry dyżur pamiątka po ostrej imprezie?

Ale tymczasem jest piątek i jadę do miasta. I załatwiam sprawunki. I wracam. Poza tym przez większość dnia jestem zajęta byciem zmęczoną.

Ale tymczasem jest sobota i knajpy są otwarte. Siedzimy w ogródku Ulicy Krokodyli, ale deszcz zaczyna kapać nam z parasola na głowy. Więc jednak siedzimy w środku. Prawie nic się nie zmieniło. Nawet kawa nie podrożała. Chyba ściany odmalowali. Napisy w jidysz, po polsku i angielsku. Obsługa bardziej zajęta rozwiązywaniem krzyżówek niż obsługą, ale to też ma w sobie urok normalności. Tak samo jak brak papieru w toalecie. Siedzimy, sączymy, za oknem przejeżdżają Szeroką meleksy z turystami. Prawie jakby było normalnie. No ale nie jest. Gdyby było normalnie, to w sobotnie popołudnie na pewno byłabym w pracy.

Zdałam egzaminy. Wstaję rano i nie muszę już czytać o drugiej wojnie światowej. Najpierw nie mogłam się przyzwyczaić, ale teraz już jest w porządku. Czytam gazety i maile sprzed miesiąca, zdjęłam z półki powieść (akcja nie dzieje się w trakcie wojny). Sypiam całkiem dobrze. Sąsiedzi z góry puszczają słabą muzykę, kiedy chcę się wcześniej położyć, ale całkiem niezłą, kiedy pracuję.

Właśnie, muzyka. W Ulicy Krokodyli jest dobra, taka, jakiej lubiłam słuchać kilka(naście?) lat temu. Dobry stary rock. Tylko trochę za głośno. W ogóle obawiam się, że po pandemii już nigdy nie pójdę na koncert z muzyką z głośników ani do kina, bo wszystko będzie dla mnie za głośne.

Za to w Lokatorze jest cicho. I przytulnie. I w ogóle super. Halo, chodźcie do Lokatora.

No więc jest normalnie czy nie jest? Tu nie da się odpowiedzieć mową jasną prostą, tak – tak, nie – nie. Każdy moment normalności wydaje się kruchy. Ma się ochotę zamknąć go w słoiku, oprawić w ramkę, żeby nie zniknął. Żeby móc sobie go przypomnieć, kiedy znowu będzie nienormalność, zamknięcie, klaustrofobia, samotność, ekran komputera. Kończy się maj, czyli już wkrótce przesilenie letnie, dni będą coraz krótsze, w sierpniu już zimne wieczory, a potem zjazd równią pochyłą prosto w zimę, jak ją przetrwać? Czy to jest starość – nie umieć cieszyć się chwilą, bo „pamiętamy, co było, więc wiemy, co będzie”?

Najpierw zacytowałam, a potem sprawdziłam, co. Otóż Kaczmarskiego. „Przeczucie (Cztery pory niepokoju)”. Posłuchajcie zatem dłuższego fragmentu, bo dobry. A potem idźcie do knajpy, póki się da. Ani się obejrzymy, i będzie zimno i strasznie.

(…) za oknem śnieżyca, chichoty i wycie

przed którymi na próżno chowamy się w życie.

Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie.

Pamiętamy, co było… Więc wiemy, co będzie.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

spacer po getcie

Jedno ze zdjęć na wystawie w Aptece pod Orłem (oddział Muzeum Krakowa).

Przecież wiem, że nic tam nie ma. Żadnej tablicy pamiątkowej. Ale i tak idę. Idę, bo mam głowę pełną zdjęć i historii z Apteki pod Orłem. Oczywiście budynek przy Krakusa 22 wygląda zupełnie zwyczajnie. Od sąsiednich domów różni się tylko kolorem świeżo odmalowanej fasady. Nic nie świadczy o tym, że tu był punkt kontaktowy Żydowskiej Organizacji Bojowej. Ale nic nie szkodzi. Wystarczy tylko trochę się skoncentrować i mogę sobie wszystko wyobrazić. Tam na górze konspirują. Może planują atak na garaże wojskowe na Grzegórzkach. A może już wielką grudniową akcję, której celem będą eleganckie kawiarnie i kino „nur für Deutsche”. A może jest szabat i lider organizacji, „Dolek”, śpiewa pieśni religijne. Podobno miał piękny głos.

Skręcam w Piwną. Lewą stroną ulicy przebiegała granica getta. Parterowa okna na pewno były zamurowane cegłami. Wtedy zresztą nie była to żadna Piwna, tylko Wita Stwosza. Przez nieistniejący kawałek muru przechodzę na Józefińską. Powiedzmy, że faktycznie jest szabat. A zatem w synagodze rabina skawińskiego na rogu też się modlą. Tam na strychu schowają się w czasie wysiedlenia ortodoksyjni młodzieńcy. I tak ktoś ich znajdzie, gestapo albo raczej odemani, i pójdą umrzeć „na chwałę imienia Bożego”. Gdzieś obok stoi łaźnia. Tego budynku chyba już nie ma? Czy zdążyli pójść do łaźni po pracy, zanim zaczął się szabat?

Węgierska. Kuchnia ludowa „Bet Lechem”, czyli po hebrajsku „dom chleba”. Rękawka. Szpital zakaźny doktora Aleksandra Biebersteina, tego, który spisał całą okupację, wszystko, mnóstwo szczegółów, dat i nazwisk, musiał być bardzo skrupulatnym człowiekiem. Potem w obozie stracił swoje notatki, ale odtworzył je po wojnie z pamięci i wydał. Dawny szpital to teraz rudera, ale przynajmniej opatrzona tablicą pamiątkową. Obok budują apartamenty. Na pewno będą bardzo drogie, świetna lokalizacja, Podgórze robi się coraz bardziej modne.

Krzemionki. Jedyny zielony skrawek getta, zdeptany przez spacerowiczów. W szufladach Apteki jest kilka zdjęć zrobionych właśnie tutaj. Grupy młodych, uśmiechniętych ludzi, w ładnych ubraniach (pewnie znoszonych i spranych, ale tego na czarno-białych zdjęciach nie widać). Na niektórych zdjęciach nawet nie widać muru ani opasek z gwiazdą Dawida. Sielanka. Dopóki się nie odwróci zdjęcia na drugą stronę i nie przeczyta opisu. Nie sprawdzi, kiedy i gdzie zginęli. Czasem nawet tego nie wiadomo. Jakby ziemia się pod nimi zapadła. Nie ma człowieka, nie ma grobu, nie ma daty śmierci.

Wreszcie szkoła ludowa (teraz liceum) i mur. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do widoku placu zabaw tuż przy murze getta.

Skoro już jestem tak blisko, idę jeszcze na kopiec Kraka, odetchnąć świeżym powietrzem i zobaczyć z góry cały Kraków. Wawel, kościół Mariacki, wieża ratuszowa, kościół Piotra i Pawła, wysoka wieża kościoła jezuitów przy Kopernika. A więc będę mieszkać w Krakowie i nigdy już nie ujrzę Wawelu ani Wisły, pisała zrozpaczona nastoletnia Halina Nelken w pamiętniku z getta (cytuję z pamięci). Akurat ona przeżyła. Zmarła dopiero 12 lat temu w USA. Na wystawie w aptece są zarówno fragmenty jej młodzieńczego pamiętnika, jak i nagranie, na którym jako starsza kobieta opowiada o tym, co pamięta z tamtych czasów. Mówi po angielsku, z dość ciężkim akcentem. Najwyraźniej po latach emigracji przychodziło jej to łatwiej niż ojczysty polski.

Opublikowano książki, obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

martwa natura ze skrzynką pocztową

Opublikowano obrazy | Otagowano , | Dodaj komentarz

uratują nas spacery

Próbuję się cieszyć tym, że niedługo otworzą się miejsca, których tak bardzo mi brakowało. Że będzie można chodzić bez znienawidzonych masek. Że będzie prawie normalnie. Ale jakoś nie mam siły. Zmuszam się do tego, żeby się cieszyć. Cieszę się na siłę.

Myślę o osobach, z którymi chodziłam do Radochy. O osobach, z którymi chodziłam do Magii. O tym, jak dawno ich nie widziałam. Pójdziemy tam znowu, kiedy się otworzą? Załatamy wielomiesięczne dziury? Nie załatamy?

Samotność to strasznie dziwna sprawa. Kiedy nikt mnie nie słucha, to tak, jakby mnie nie było. Odwrócony solipsyzm: nie „kiedy nie widzę świata, świat nie istnieje”, tylko „kiedy świat mnie nie widzi, ja nie istnieję”.

A więc chociaż nie przyrosnąć do krzesła. Upewnić się, że istnieją moje kończyny, działają mięśnie i stawy. Wierzę, że uratuje mnie ruch i spacery. Wychodzę na zimno i wiatr, na nieciekawą trasę, odbębnić parę kilometrów. Pertraktuję sama ze sobą jak dorosły z kapryśnym dzieckiem: no wyjdźże z domu, kupię ci lody. Dziecinne ja jest trochę obrażone na dorosłe ja. Nie chce mu się tak spacerować bez celu. Nie lubi tej dzielnicy. Nie ma na czym oka zawiesić. Wkłada słuchawki do uszu (idealny timing – podcast skończy się dokładnie wtedy, kiedy wrócę do mieszkania i przekręcę klucz w zamku) i udaje, że nic go nie interesuje. Nie chce robić żadnych zdjęć. A jednak musi się złamać, bo widzi piękną kredową tęczę pod nogami. Żaden filtr nie będzie jej w stanie ulepszyć.

Więcej zdjęć nie będzie. Będzie kawa w papierowym kubku, z lekkim posmakiem wyrzutów ekosumienia, i wyczekane w kolejce lody. 7,5 kilometra jakoś zleci. Kolejny dzień zaliczony. Raczej przetrwany niż przeżyty, ale nie wolno narzekać. Nie wolno, kiedy się wie, o ile gorzej mogłoby być.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

wróżby miejskie

Niektórzy wróżą z lotu ptaków albo otwierają święte księgi na losowych stronach. Ja tak nie umiem. Za to czasem idę na miasto i szukam złotych myśli na ścianach. Zawsze znajduję coś pasującego do sytuacji.

Kolejny powód zatem, dla którego nie mogłabym żyć poza miastem: nie wiedziałabym, co myśleć i co mnie czeka w przyszłości.

Zaufajmy zatem wróżbie i prześpijmy to wszystko. Szarość, zimno, smog i pandemię. Obudźmy się, kiedy świat znowu się otworzy.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz