impresje podróżne: Susz / Rosenberg

Rynek w Suszu przypomina kogoś, kto stracił w bójce część uzębienia, ale nie lubi dentystów tak bardzo, że woli chodzić po świecie szczerbaty, niż wstawiać plomby. Jak tak można, myślę sobie z krakowską wyższością, czy taki nie do końca zabudowany kwadrat zasługuje w ogóle na miano rynku? Nawet na mapie nie nazywa się Rynku, tylko ulica Stare Miasto.

Niepojęty jest też brak rynku w drugim znaczeniu – placu targowego. Ściślej rzecz ujmując: place są, ale handlu na nich nie ma. Wszystko kupuje się w Polo albo w Biedronce. Trzyma się jeszcze kilka małych sklepików, ale pewnie już niedługo.

Na załatanie pustki wokół rynku nie ma pieniędzy. Znalazły się na wymianę nawierzchni w rynku, centrum zarządzania kryzysowego (dla niezorientowanych: budynek straży pożarnej i pogotowia), brukowaną alejkę wokół jeziora i nowy dworzec kolejowy. Z powyższych inwestycji najbardziej kuriozalne wrażenie robi ta ostatnia. Drzwi otwierają się jedynie automatycznie, to jest po naciśnięciu guzika. Wielu starszych suszan skutecznie odstrasza to od wchodzenia do środka. No bo co, jak człowiek wejdzie do środka i automat już go nie wypuści? Jeśli jednak pokona lęk i wejdzie do wnętrza, zobaczy co następuje:

elektroniczną tablicę z rozkładem jazdy;

toalety damską i męską, obydwie przystosowane dla niepełnosprawnych;

kasę, opisaną po polsku i angielsku („kasa/tickets”), a na niej przyklejoną kartkę A4, na której napis flamastrem głosi: „kasa nie czynna (sic!), bilety u konduktora pociągu”.

Ach tak, jest jeszcze kilka krzeseł. Można usiąść i zadumać się nad tym dworcem za grube europejskie pieniądze, na którym nawet biletów nie da się kupić.

Tyle o nowoczesności w Suszu. Teraz historia. Są w niej pogańscy Prusowie, Krzyżacy, polskie Prusy, niemieckie Prusy, epidemie dżumy i cholery, budowa tartaku i wodociągów, podobóz obozu koncentracyjnego, „wyzwolenie” przez Armię Czerwoną. Doszczętnie zniszczone miasto przemianowało się z Rosenberga (święta Rozalia jest jego patronką) na Susz, jakby chciało zmylić ślady, żeby wygnani stąd Niemcy na pewno nie wrócili.

I chyba faktycznie nie wracają. Bo i do czego? Poniemieckich domów jest raptem kilka. O rynku już pisałam. Ostał się kościół, ale zmienił się z ewangelickiego w katolicki. A jezioro? Czy Jezioro Suskie wygląda tak samo jak Rosenberger See?

PS. Byli też Żydzi. Wyjechali jeszcze przed wojną. Zachowała się ceglana XIX-wieczna synagoga (obecnie siedziba muzeum regionalnego, czynnego – nie zmyślam – raz w miesiącu przez cztery godziny). Na terenie żydowskiego cmentarza zbudowano osiedle. Kamienie nagrobne już wcześniej przerobiono na rzeczy w powojennej polskiej biedzie bardziej przydatne.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , | Dodaj komentarz

już nie, jeszcze nie

Prawie wszyscy, których znam, za dużo pracują. Ze mną i tak nie jest tak źle. Pamiętam, kiedy ostatnio miałam wolny dzień – dwa tygodnie temu. Ale dla pewności sprawdziłam w kalendarzu, czy naprawdę.

Podobno jesteśmy roszczeniowi i nie chcemy za dużo pracować, chcemy work-life balance. Chociaż nie, to chyba jednak nie my, tylko kolejne pokolenie.

Czy lubię swoją pracę? Tak. Czy chciałabym mniej pracować? Tak. Czy powinnam mniej pracować? Chyba tak. Czy wiem, co ze sobą zrobić, kiedy nie pracuję? Nie do końca. Zwykle, kiedy mam wolne, to moi przyjaciele pracują. I tak to się kręci. Nie ma żadnego balansu, nie ma zbyt wiele życia poza pracą. Życie poza pracą jest jakieś takie blade.

Na zewnątrz niewiele powyżej zera. Zło przesącza się przez nawiewniki. Nawet herbata stygnie szybciej niż zazwyczaj. Zima to zło. Ciemność, zimno, wiatr. Mniej pracy. Niepewność. Zresztą czy od marca 2020 cokolwiek jest pewne? To dlatego tak ciągle pracujemy. Bo za chwilę pracy też może nie być. Może niczego nie być. A zatem carpe diem, trzeba chodzić do knajp, póki działają, oprowadzać turystów, póki są, chodzić pieszo po mieście, dopóki nogi są sprawne. Robić zdjęcia, póki starcza pamięci w telefonie. A właśnie przestaje starczać, więc złoszczę się i przerzucam z pustego w próżne, z pamięci na dysk, z dysku na dysk twardy i tak dalej. Tyle tego cyfrowego śmiecia, którego żal się pozbyć. Wakacje sprzed kilku lat. Zdjęcia ciekawych fragmentów z książek. (Kiedyś przepisywałam długopisem do zeszytu, teraz fotografuję.) Zrzuty ekranu – ciekawe fragmenty internetu (po co, przecież internet nie zniknie?). No i wszelkiej maści widoki z miasta – napisy na ścianach, butelki po alkoholu pozostawione w dziwnych miejscach, zaskakujące zestawienia reklam, śmieci, chodniki, zabytki. Wielu ludzi robi takie zdjęcia dużo lepiej, bardziej profesjonalnie ode mnie. Wstyd publikować moje gdziekolwiek. Ale i tak ciężko zdobyć się na wciśnięcie „usuń”.

Pomiędzy wycieczkami szybki rajd za sprawunkami i obiad w Chimerze, który kiedyś (PRZED) był stałym punktem dnia. Zjadałam te zestawy sałatkowe w biegu i zawsze mi smakowały. Teraz jakby mniej. Może mi się po długich pandemicznych godzinach w kuchni wyszlachetniło podniebienie, a może oni w czasach kryzysu oszczędzają na przyprawach. Może żadne z powyższych. Może po prostu „już nigdy nie będzie takiego lata”. Ale uspokajająco działa na mnie samo istnienie Chimery. Znane stoliki (teraz tylko stojące w większych odstępach od siebie), obrazki na ścianach, piękne lampy w korytarzu. Przewidywalna muzyka. Muszą być takie miejsca, w których się je od 20 lat (tak!), i które prawie w ogóle się nie zmieniają. Właściwie to mam nadzieję, że Chimera mnie przeżyje. Niech będzie chociaż tyle pewnego w tym morzu, w tym oceanie niepewności.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

smętne kawałki na inaugurację sezonu grzewczego

Nie było jeszcze jesieni, a już jest zima – mówi pani, która sprzedaje falafele, i trudno się z nią nie zgodzić. Siedzimy we dwie w lokalu, ona za ladą, ja przy stoliku. Jest tak pusto, jak pusty może być tylko Kazimierz w poniedziałkowe popołudnie.

Oczywiście są różne pustki. Czytam sobie teraz „Wschód” Stasiuka, jest tam Mongolia, jest pustynia Gobi, i tam, kiedy raz na dzień trafi się dwójka pasterzy w jurcie, to już jest tłoczno. Ale krakowski Kazimierz ma swoją miarę pustki, i jest nią jego zwykłe nasycenie i weekendowe przesycenie. Tutaj jedzenie w pustej knajpie ma w sobie coś dziwnego, niemal niestosownego. Jakbym złamała jakąś niepisaną zasadę, przychodząc tutaj w poniedziałkowe popołudnie. Jakby ten czas był zarezerwowany dla kogoś innego (dla duchów?). Jakbym na siłę próbowała naśladować melancholijne klimaty Stasiuka albo Pilcha.

Zaczyna się ta pora roku, w której poruszanie się po świecie i załatwianie prostych życiowych czynności wymaga sprawności wielorękich indyjskich bóstw. W jednej urękawiczonej dłoni trzymam parasol, w drugiej termos, cieknący nos domaga się chusteczki, którą wyciągam z kieszeni trzecią ręką, czwartą sprawdzając rzeczy w telefonie. No i piątą płacę za falafela. Zagubiona słowiańska emanacja bogini Kali. A jak Kali się zdenerwuje, to was wszystkich zje. Na gruzach wszechświata zatańczy Śiwa. Nie wiadomo, czy Brahma zdoła po tym wszystkim po raz kolejny odtworzyć wszechświat. Może zresztą wcale nie będzie mu się chciało. Komu by się chciało w taką pogodę.

Opublikowano książki, obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

urywki

1. Ulica Dajwór, Kazimierz. Kręcą film historyczny. Aktorzy w kostiumach, staroświeckie szyldy zasłaniają współczesne. Z wyjątkiem masali, o której najwyraźniej ktoś zapomniał.

2. Plac świętego Ducha. Zegary z nazwami miast. Turyści zwracają mi uwagę, że krakowski spóźnia się o pół godziny. Trudno o czytelniejszy dowód, że tutaj czas płynie wolniej.

3. Wzgórze Wawelskie. Mijam małą grupkę Polaków. Jeden mężczyzna, na oko nie więcej niż 40 lat, mówi bardzo, bardzo poważnym tonem: Starość jest straszna.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

powroty

Ciężko się wraca. A co dopiero z Podlasia. Jest zupełnie inne od Małopolski – płaskie jak naleśnik, a jego zieleń to inny odcień zieleni. Zamiast chłonięcia zabytków – tysiącletnich kamieni, stuletnich cegieł udatnie naśladujących średniowiecze, gadających renesansowych portali – datowanie drzew. Ten świerk ma pewnie około dwustu lat, mówi z mądrą miną nasz przewodnik po puszczy. Kora, obwód pnia, wysokość, runo leśne – to wszystko mówi do niego jak do mnie cegły, kamienie i portale. Ciekawe, ciekawe.

Ale nie tylko puszcza, nie tylko przyroda. Wioski piękne, harmonijne. Domy o prostych proporcjach, ale w tej prostocie jest geniusz. Nic nie kłuje w oczy. Czasem wyłoni się pięknie pomalowany róg albo okiennica. I jeszcze te krzyże na końcach wsi. Nie celebrują cierpienia, tylko proszą o pomyślność dla mieszkańców. Krzyże wieloramienne, rzecz jasna, prawosławne. Na nich napisy, które nie do końca umiem przeczytać. Nieudolnie składam literki, muszę prosić o tłumaczenie. Śmiesznie – w Delhi i Jerozolimie przeczytałabym wszystko (a przynajmniej wszystkie litery), a jadę na wschodnie krańce swojego kraju i czuję się analfabetką. Cerkwie są dla mnie bardziej egzotyczne niż hinduistyczne świątynie.

Do granicy bliziutko, a więc nie ma zasięgu w telefonie. Nie ma internetu. I chyba to jest najlepsze. Nie, nieprawda, wiele rzeczy jest najlepszych. I na szczęście telefon mi ich nie zasłania. Wracam z przewietrzoną głową prosto w ziąb i ulewę. W kaloszach oprowadzam zmarzniętych, ale dzielnych turystów. Nie mam weny do tego, żeby zachwalać im krakowskie zabytki. A jedźcie wszyscy na Podlasie, tam lepiej odpoczniecie.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

więcej światła! (powiedział Goethe i umarł)

Gorlice promują się jako miasto światła. To tutaj, w latach 50. XIX wieku, za sprawą aptekarza Ignacego Łukasiewicza, zapłonęła pierwsza na świecie uliczna lampa naftowa. Ale bądźmy szczerzy – współczesne Gorlice nie robią świetlistego wrażenia. Czym może świecić miasto, które po wielkiej bitwie w 1915 wyglądało jak Warszawa w 1945, a w 1942 zabrano mu połowę mieszkańców i spalono w Bełżcu (obyło się bez protestów ze strony drugiej połowy)? Ja promowałabym Gorlice jako miasto cmentarzy, bo w tej dziedzinie naprawdę mają się czym wykazać.

Większość mieszkańców zagląda głównie na komunalny. Ja zresztą też, bo sukcesywnie przenoszą się tam kolejni członkowie rodziny. Oprócz wypełniania zobowiązań towarzyskich podziwiam nagrobki z XIX i początków XX wieku, imponującą alejkę grobów dziecięcych (przepych kamienia jako wynagrodzenie za te wszystkie nieprzeżyte lata), nieco przerażający pomnik powstańców styczniowych z ułamanym krzyżem (ułamał się podczas ostrzału artyleryjskiego w czasie wielkiej bitwy i zostawiono go tak ku przestrodze, ale czy zdołał kogokolwiek przed czymś przestrzec?). Ostatnio wycięto trochę starych drzew, więc w upalny dzień można by się pokusić o powtórzenie słynnego eksperymentu z krzeszowickiego rynku. Gdyby nie to, że na cmentarzu nie wypada, rzecz jasna, smażyć jajecznicy.

Ale komunalny to nie wszystko, to dopiero wstęp. Tamta połowa miasta, do której bardzo źle było należeć w 1942, oczywiście nie ma grobów. Ale przecież gdzieś muszą być groby ich przodków.

O ile widoczny powyżej kamień pamiątkowy jest w samym centrum miasta, o tyle do cmentarza żydowskiego trzeba się już pofatygować dalej. Ale warto. Sam cmentarz wygląda jak większość żydowskich cmentarzy w Polsce, tzn. gdyby nie ogrodzenie i napis, łatwo byłoby go przeoczyć. Ale obok jest – jak to właściwie nazwać? – chyba lapidarium. Zbiór macew w różnym stopniu zachowania, zainstalowanych wewnątrz i na zewnątrz konstrukcji w kształcie gwiazdy. Z kamiennych płyt i kamiennych okruchów patrzą na nas ptaki, lwy, świece, i litery. Wiele nagrobków opatrzono polskimi tłumaczeniami tego, co się zachowało, i co się udało odczytać.

Późno to wszystko przyszło, bo sprawa jest bardzo świeża, ale lepiej późno niż wcale. Jeśli ktoś z drugiego albo trzeciego pokolenia przełamie się i przyjedzie do Gorlic, to mam nadzieję, że trafi tam mimo braku drogowskazów. A jeszcze większą nadzieję mam, że trafi tam ktoś z drugiego albo trzeciego pokolenia tych, którzy w 1942 nie chcieli ani nie mogli nic zrobić. Tak jak ja trafiłam. I też poduma nad tymi kamieniami i się nimi pozachwyca.

To nadal nie wszystko, bo w Gorlicach oprócz pierwszej lampy naftowej, ładnego cmentarza komunalnego, obrzydliwych fabryk, pięknego żydowskiego lapidarium, i przeciętnie znośnych bloków jest jeszcze kilka cmentarzy wojennych. Ale o tym już następnym razem, bo kto by takie długie wpisy czytał.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

wróciło

Wróciło życie. Nie wiadomo, na jak długo, ale wróciło. Po kilku weekendowych wycieczkach i niesamowitych rozmowach z ludźmi z całego świata mam w sobie mnóstwo pozytywnej energii. Tyle, że aż mam ochotę wysłać ją sobie samej ze stycznia, żeby przywrócić jej chęć do życia.

I chyba mi się udaje, bo kilka godzin później mam zupełnie rozładowane baterie. Boję się zasnąć, bo kiedy się obudzę, będzie poniedziałek, a ja nie mam siły na kolejny poniedziałek i kolejny tydzień. Do piątku tak daleko. A co, jeśli w międzyczasie świat znowu się zamknie? Nie mam siły na kolejne zamknięcie świata.

Jestem wściekła na siebie, że zawsze muszę tyle myśleć. Że potrafię sobie zepsuć każdą radość. Że szukanie dziury w całym tak dobrze mi wychodzi. Ale podoba mi się ta absurdalna koncepcja podróży w czasie. A może naprawdę wysłałam tę energię w przeszłość i uratowałam się przed czymś strasznym? A może przez kilka ostatnich miesięcy żyłam na kredyt i teraz po prostu wyrównuję rachunki? Kilka łyków każdego letniego piwa w ogródku jako ofiara dla bóstw ciemności. A już piwo pite na tarasie, z którego, jeśli się wychylić, widać stary żydowski cmentarz, należy im się bez żadnych dyskusji. Weźcie swoją porcję i nie podchodźcie zbyt blisko. Dajcie jeszcze trochę pożyć. Pożyć na kredyt, pożyć na zapas? To się dopiero okaże.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

skręcić ze Zwycięstwa w Pokój

W nazwach ulic lubię to, że mówią i generują znaczenia. Że pasują do ulic, które próbują opisać, albo wręcz przeciwnie – gryzą się z nimi, wytwarzając nadwyżkę ironii. Że czasem nie wiadomo, w jakim przypadku je czytać i jak odmieniać (Gramatyka, Retoryka). Że zacierają się ich dawne znaczenia. Jak przy takim Poniedziałkowym Dole – niewinna nazwa topograficzno-odimienna brzmi teraz jak opis kondycji psychicznej, która co tydzień dotyka znaczącej części populacji.

Dziś natomiast, podczas w nieskończoność ciągnącej się jazdy tramwajem z Bronowic na Czyżyny, zachwyciło mnie skrzyżowanie Zwycięstwa, Pokoju i Ofiar. Czyż można lapidarniej opowiedzieć o wojnie?

Nie lubię nazw ulic na moim nowym osiedlu. Są napuszone i ogólnikowe. Jakby ktoś na siłę próbował się odciąć od okolicznych Pod Strzechą, Zielonego Mostu, Na Polach. Tam wieś, tu nowoczesna, prestiżowa inwestycja. I cóż z tego, że na obrzeżach.

Ach, zapomniałabym! Pewna, zdawałoby się, poważna firma, z którą współpracuję, wysłała mi ostatnio maila z informacją o zmianie adresu. Przeprowadzili się z Czerwonego Kapturka na Królewny Śnieżki.

Opublikowano słowa | Otagowano | Dodaj komentarz

pustostany

Dni są teraz bardzo długie, a najdłuższe ze wszystkich dni są wolne niedziele. Tyle, tyle godzin, które można zmarnować.

Można też iść na górę, pod Lipkę, i zdziwić się bardzo zbożem, jakby się go nigdy wcześniej tutaj nie widziało. A przecież musiało się widzieć, bo w zeszłym roku też było lato, a skoro było lato, to rosło zboże. Wrażenie, jakby od marca 2020 trwał jeden długi rok, czy wręcz jeden długi miesiąc, choć dojmujące, musi być fałszywe. Czas płynie, świadczą o tym zmieniające się cyferki w kalendarzu i zmienna długość dnia. Czas jest dziwny, magmowy, bo nie ma na horyzoncie niczego, na co by się czekało. Już wiem na pewno, że to nie jest zły sen, z którego się obudzę. Wiem też, że im mniej planów, tym mniej rozczarowań.

Można nawet wsiąść na rower i pojechać do miasta, na zamek. Ale tam też nie ucieknie się od siebie. Słońce, idealnie niebieskie niebo i idealne białe kamienie, to wszystko jest jak wyrzut. Prawie słyszę, jak pytają, dlaczego marnuję czas. Ale jak nie marnować czasu? Skąd wziąć w sobie siłę, żeby jednak coś wartościowego robić, i przede wszystkim – jak zacząć doceniać to, co się robi? Im więcej mam czasu, żeby nad tym myśleć, tym bardziej nie wiem. Im więcej myślę, tym bardziej mam ochotę uciec od siebie i od myślenia.

Wolna, pusta niedziela. Puste, dziurawe lato, przeszywane z rzadka małymi olśnieniami. Nie oszukujmy się, olśnienia to zwykle spotkania. Rozmowy. Rzadkie chwile, kiedy nie jestem sama, nie muszę sama o własnych siłach znosić siebie, bo przez chwilę ktoś pomaga mi dźwigać kawałek mnie.

A więc zbyt pusto i zarazem zbyt pełno. Należałoby, jak pisał bodajże Wieniedikt Jerofiejew, trochę odchudzić duszę. Odchudzić też oczekiwania, aby wreszcie przestać się rozczarowywać, a może nawet dać się czemuś (komuś?) przyjemnie zaskoczyć.

Opublikowano słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

podsłuchane w pociągu

„Mnie już coraz mniej rzeczy zachwyca. Mam dystans do wszystkiego.”

Opublikowano słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz