wróżby miejskie

Niektórzy wróżą z lotu ptaków albo otwierają święte księgi na losowych stronach. Ja tak nie umiem. Za to czasem idę na miasto i szukam złotych myśli na ścianach. Zawsze znajduję coś pasującego do sytuacji.

Kolejny powód zatem, dla którego nie mogłabym żyć poza miastem: nie wiedziałabym, co myśleć i co mnie czeka w przyszłości.

Zaufajmy zatem wróżbie i prześpijmy to wszystko. Szarość, zimno, smog i pandemię. Obudźmy się, kiedy świat znowu się otworzy.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

niezaliczone ćwiczenia z solipsyzmu

Czekałam na wiosnę, ale się nie doczekałam. No trudno. Iść na miasto i tak trzeba. Przestać odbijać się wte i wewte od czterech ścian. Upewnić się, że świat istnieje, mimo że tak mało mu w tym pomagam.

Próbuję wymyślić jakiś racjonalny powód, jakiś sprawunek do załatwienia. Nic z tego, pustka w głowie. Dobrze zatem. Pojadę sprawdzić, czy na Wawelu kwitną już magnolie. I pójść przynajmniej w jedno miejsce, gdzie mnie jeszcze nie było.

Jeszcze nigdy nie szłam ulicą Zamkową. Niech będzie. Druga część planu zrealizowana. Idę dalej słonecznymi bulwarami. Ale byłoby śmiesznie, gdyby na napis „lato” koło Forum zaczął padać śnieg. Nagle odwracam się i bach! Wawel znika w zadymce.

Chcę zniknąć razem z nim. Rozpłynąć się w śniegu. Nie odradzać się jako jaszczurka, ptak, motyl. Niech gazety nie piszą o tajemniczym zniknięciu 30-latki. Musi być jakiś sposób, żeby rozpłynąć się bez śladu.

Ale nie udaje się. Otwieram oczy i nadal istnieję. Nadal jestem sobą, pamiętam nawet, jak się nazywam. Mam zmarznięte palce i pustawy żołądek. Show must go on. Skoro istnieję, to muszę iść dalej. Kontynuować plan-nie-plan, plan-pretekst, plan-ściemę wymyśloną po to, żeby nie spędzić kolejnego dnia w domu, nie gnić przed ekranem, nie uczyć się na pamięć smug na ścianach.

Gdyby ktoś obserwował z ukrycia moją eskapadę, z pewnością byłby pod wrażeniem tego, jak dobrze gram w normalny dzień na mieście. Kupuję jedzenie i kawę na wynos. Wchodzę do księgarni. Od czasu do czasu gapię się na przypadkowe detale architektoniczne i witryny sklepowe. Ukrywam zdziwienie faktem, że świat istnieje i że istnieję ja.

Ale trzeba już wracać. Kiedy dochodzę na przystanek, to jest tak, jakby ktoś mi w środku zgasił światło.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

potęga umysłu, albo o czym myślę, kiedy nie śpię

Wszystko robię jak trzeba. Nie kładę się z pełnym żołądkiem. Piję melisę. Wietrzę sypialnię. Nie patrzę w telefon, tylko czytam książki. O zbrodniarzach hitlerowskich. O Holokauście. Ewentualnie o wojnach na subkontynencie indyjskim w XVIII wieku.

Ale kiedy chcę zanurzyć się w ciemność i ciszę, ciemność nie jest ciemna, a cisza nie jest cicha. Grube rolety przepuszczają światło latarni ulicznych, a po schodach, sądząc po odgłosach, idzie właśnie ktoś w butach na 10-centymetrowych koturnach i przybija piątkę drzwiom na każdym piętrze. Ale to dopiero preludium. Teraz z książki o Mogołach wychodzi armia Hajderabadu. Słonie bojowe ciągną na północ w stronę stolicy Marathów. Przez moją klatkę schodową. Droga na pewno była błotnista, bo chwilę później słyszę, jak piętro wyżej ktoś myje słonia.

Zaciskam oczy i przez moment wydaje mi się, że znowu jestem dzieckiem i śpię w domu babci. Na wsi, a ściślej rzecz ujmując: na ziemi niczyjej między średniej wielkości miastem, strefą przemysłową a rzeką o wdzięcznej nazwie Ropa. Ciemność jest absolutna. Kiedy w nocy wstawałam do łazienki, musiałam wymacać rękami kant stołu, żeby upewnić się, że się z nim nie zderzę. Czy wtedy łatwiej mi było zasnąć niż teraz? Pewnie tak, chociaż czasem wydawało mi się, że po pokoju kręci się duch dziadka. Wtedy musiałam długo pertraktować sama ze sobą, żeby jednak zamknąć oczy.

Dorosłam klasycznie: teraz bardziej niż zmarłych boję się żywych. Na przykład włamywaczy. Albo tego, że sąsiedzi z góry znowu zaproszą znajomych. Właściwie to ciekawa jestem, jak jest na starość. Czy wtedy człowiek znowu przejmuje się bardziej zmarłymi i uczy się ignorować żywych? Kiedy już będę na tym etapie, dam Wam znać. Póki co przeszkadzają mi jeszcze te słonie. Co nie znaczy, że kiedy ich nie ma, jest lepiej. O, nie. Jeśli akurat jest cicho, wtedy moje własne myśli rozdeptują mi głowę gorzej niż rozzłoszczony słoń bojowy. W dzień stosuję różne sztuczki dla zmylenia przeciwnika, ale w nocy nie ma się gdzie schować. Wstaję, sprawdzam, czy w łazience nie schował się słoń, znowu się kładę, znowu wstaję, sprawdzam, czy na pewno zamknęłam drzwi, sprawdzam, czy nie ma mnie w korytarzu. Kiedyśtam wreszcie zasypiam. Rano budzi mnie słońce albo budzik. Znowu trzeba zacząć te męczące podchody. Zagadać niepokój książką kucharską, rachunkami, pracą, historią II wojny światowej. Strasznie to męczące i już o 21 chce się spać. Ale tak szybko przecież nie zasnę. Wojna Hajderabadu z Marathami jeszcze się nie skończyła.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

nadaję z okolic czarnej dziury

I znowu. Nie mogę zasnąć, nie mogę się obudzić, nie mogę wstać. Cały dzień piasek pod oczami. Jeśli wierzyć mądrości internetowych memów, problemy z zasypianiem mogą wynikać z tego, że nie chcemy, żeby nadszedł kolejny dzień. Brzmi przekonująco. Bo na co tu czekać, na co się cieszyć? Na kolejny lockdown? Kolejne odwołane plany? Na zimno i szarość?

Heroicznym wysiłkiem zbieram się i jadę do miasta. Czyli że do Rynku. Pusta Szewska, przy której połowa lokali nie działa, i nikt nie próbuje namówić mnie na wejście do klubu, nadal ma w sobie coś egzotycznego. Za to ktoś, komu też przeszkadza zima w marcu, ale ma w sobie więcej energii ode mnie, naskrobał to, co widzicie na zdjęciu. Może i mało cenzuralnie, ale nie czas żałować wulgaryzmów, kiedy płoną lasy.

Nie ma na co się cieszyć. Nie da się zaplanować wakacji. Nie da się nawet zaplanować egzaminu. Znaczy można, ale co z tego, skoro znowu zamknięcie muzeów i trzeba przekładać na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ile tym razem potrwa 3-tygodniowy lockdown? Miesiąc, dwa, trzy? Czy już zawsze będę uczyć się faktów o II wojnie światowej licząc na to, że kiedyś jednak uda mi się podejść do egzaminu i oprowadzać po muzeum?

Czasem kogoś się spotka, czasem ktoś zadzwoni, czasem ktoś napisze. I wtedy przez chwilę wszystko ma sens. Albo nagle trzeba wsadzić do plecaka zdjęcia, mapy, wiersze, kasę fiskalną, i iść oprowadzić po byłym getcie. Na dwie godziny wszystko wskakuje na swoje miejsce. Wszystko ma sens. Moje bycie tutaj, moja wiedza, umiejętności, miesiące spędzone na nauce, czytaniu, oprowadzaniu. A potem znowu nie. Idę tą nieszczęsną Szewską i aż się we mnie gotuje ze złości. To nie tak miało być. Miałam być na Starym Mieście codziennie. Miałam być tutaj u siebie, a nie z rzadka w gościach. Nie miałam spędzać życia przed komputerem, w przerwach rozpaczliwie gotując i piekąc, bo skoro nie mogę udowodnić, że moje życie ma sens, opowiadając innym miasto, to muszę udowodnić, karmiąc ich. Pokrętna logika, ale kto od początku pandemii ani razu nie leciał do sklepu po drożdże, niech pierwszy rzuci zakalcem.

Czasem wszystko ma sens. Ale niech chociaż ten śnieg zniknie. Chyba jestem rośliną i przerabiam słońce na energię. Jutro znowu ma być zimno i znowu nic na mnie nie czeka. Nic porównywalnego z byciem na swoim miejscu we wszechświecie. Znowu przekręcę się sto razy z boku na bok, zanim zasnę, i znowu obudzę się niewyspana. Znowu cały dzień trzeba będzie chodzić na palcach, żeby nie wpaść do czarnej dziury, bo jak już się tam wpadnie, to żadna fotosynteza i wszystkie wiosny tego świata nie pomogą.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

ciekawe czasy

I tak sobie balansujemy, w rozkroku między normalnością a brakiem normalności. Zamknięciem a otwarciem. Nagłe ocieplenie i tłumy na bulwarach. Rozmowy w różnych językach, prawie jak kiedyś, ale przecież wcale nie tak, jak kiedyś, bo to, co było wtedy, teraz jest o wiele mniej i o wiele ciszej, pochowane za maskami, niepewne, co wolno, a czego nie.

Chyba nigdy wcześniej (mam na myśli, rzecz jasna, okres, który mogę objąć własną pamięcią) nie było momentu, w którym tym bardzo nie da się przewidzieć, co będzie dalej. I w którym to nie ode mnie zależy, jak będę żyć i pracować. Jasne, w jakimś stopniu zawsze ode mnie. Ale w bardzo dużym jednak nie. I paradoksalnie zwalnia mnie to od odpowiedzialności. Jakby ktoś wręczył mi upoważnienie do życia z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Serio, moje plany nie sięgają dalej niż pierwsza połowa marca. Chwilowo mi z tym dobrze, bo zawsze za dużo planowałam, a za mało żyłam. Ale jutro mogę zmienić zdanie.

Dobrze podróżować chociaż palcem po mapie albo cofać się w czasie, czytając i chodząc po muzeum. To daje dobrą perspektywę. I. sprawdza prognozę pogody dla Syberii, kiedy jej zimno. Ja chodzę w tempie ślimaka po Fabryce Schindlera, słuchając wywiadu za wywiadem, czytając obwieszczenie za obwieszczeniem. A i tak nie rozumiem, jak oni to przeżyli. Powiedzieli, że jestem wolny, opowiada profesor, którego wywieziono do obozu koncentracyjnego. I zwraca się do przeprowadzających z nim wywiad: czy państwo kiedyś coś takiego usłyszeli?

Albo ci, którzy spędzili dwa lata w piwnicy. Niepojęte. Jak to zrobili, że nie zwariowali? Czy ludzie tamtych czasów mieli silniejsze umysły od naszych, rozpraszanych telefonami, internetami, nadmiarem informacji, przerażonych i bliskością, i samotnością?

Jak kiedyś będziemy wspominać ten czas – dziwny, ale przecież bynajmniej nie najdziwniejszy, ani tym bardziej nie najstraszniejszy w historii?

To jest wojna! Walczymy dalej! Pomóżcie nam, zamawiajcie na wynos – napis na szybie restauracji. Kilkanaście metrów dalej – niepozorny budynek, który w przeciwieństwie do instalacji artystycznej złożonej z krzeseł nie przyciąga zbytnio uwagi. Na tablicy w trzech językach (polski, angielski, hebrajski) zwięzłe wspomnienie o tych, którzy walczyli „o trzy wiersze w historii”. Że zginęli, to wiemy, ale czy wygrali, czy przegrali?

Nie zrozumcie mnie źle. Każdy ma takie troski i taką wojnę, w jakich czasach żyje. Tak się gra, jak przeciwnik pozwala. Tak się złożyło, że my też żyjemy w ciekawych czasach.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

ryba w wodzie

Bronowice, czasy pandemii. Fot. krakowskie impresje

Niecały rok po wybuchu pandemii obudziłam się jako nauczycielka na pół etatu. Przepytuję Polaków z niemieckiej deklinacji, uczę dzieci NRI-ów (ang. Non Resident Indian) pisania, czytania i wyliczanek w hindi, a wszystkich zainteresowanych niezależnie od miejsca zamieszkania, wieku i strefy czasowej – znaczenia piosenek bollywoodzkich. Jest to zajęcie zacne, dające pewną elastyczność (uczę w niedziele wieczorem, ale za to w poniedziałki mogę pospać do 16), a także coś, co w późnym kapitalizmie ciężej dostać niż za PRL-u szynkę, a mianowicie: poczucie sensu. Kilka ostatnich pouczających covidowych miesięcy uświadomiło mi, że bez tego nie jestem w stanie pracować. A przynajmniej nie nazbyt długo i bez uszczerbku na zdrowiu. Krótko mówiąc, jestem zdecydowanie zadowoloną z życia nauczycielką, przeżywam momenty euforii, kiedy moi podopieczni zaczynają składać literki, poprawnie składają zdania, albo uczą się na pamięć moich ulubionych piosenek.

Ale powołanie to powołanie. Zaczynam nabierać niebezpiecznie nieracjonalnego poczucia, że urodziłam się, żeby oprowadzać. Kiedy uczennica nieopatrznie pyta o coś związanego z muzeami, zaczynam opowiadać jej o bloku ołowiu i dlaczego jego znalezienie pod Rynkiem było tak ważne, i kwadrans później orientuję się, że chyba nie zdążymy już sprawdzić zadania ani poćwiczyć zdań okolicznikowych celu. Kiedy po trzech miesiącach przerwy idę do Fabryki Schindlera na próbny egzamin… Tak, to jest dopiero dziwna historia. Bez przećwiczenia czegokolwiek, bez zaplanowania sobie w głowie narracji staję przed grupą współkursantów i oceniającym nas specjalistą z muzeum, i mam mówić. Oprowadzić ich po fragmencie ekspozycji Powinnam być niesamowicie zestresowana. I jestem. Ale pod wpływem adrenaliny aktywują się we mnie jakieś dziwne siły. I mówię. Mówię, mówię, mówię. Nawet nie wiem, ile to trwa. Wszyscy słuchają. Nikt nie zauważa moich błędów, niedoróbek, mojego zdenerwowania.

Jeśli kiedykolwiek po dwóch lampkach wina lub dużym piwie wydawało Wam się, że jesteście najbardziej błyskotliwą wersją siebie, że mówicie perfekcyjnie we wszystkich językach świata, że Wasze żarty są najśmieszniejsze pod słońcem – to macie luźne pojęcie o tym, jak wygląda flow przewodnika, który widzi zainteresowanie w oczach słuchaczy. A co dopiero wyposzczony przewodnik czasów epidemii. To dopiero niebezpieczna bestia. I dla dobra wszystkich należy pozwolić jej się wyszaleć w naturalnym środowisku. Apeluję w imieniu swoim, ale też koleżanek i kolegów, którzy nie mieli tak miękkiego lądowania, jak ja. Wyciągnijcie nas z uberów, poczt, szkół, korporacji i bezrobocia. Nie pożałujecie. Tak pasjonujących historii, tak śmiesznych żartów nie słyszeliście jeszcze nigdy.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

jak cieszyć się życiem przy ujemnych temperaturach

-Przepraszam, czy to jest kolejka do poczty?

A skądże. Tak sobie stoimy i podziwiamy. Bo jest co. Pięknie napadało śniegu, a i architektura tej części Krowodrzy pierwszorzędna – z jednej strony eleganckie wille cofnięte od ulicy w głąb ogrodów, z drugiej solidne modernistyczne osiedle robotniczych domków. Tak sobie stoimy i słuchamy. Bo jest czego. Kiedy śnieg przestaje padać, odzywa się szalony trajkot ptaków.

Zresztą co to za kolejka, pięć minut i załatwione. Zupełnie jak nie na poczcie.

Skrzywienie zawodowe, a ściślej: wznowienie kursu na Trasie Pamięci daje jednak o sobie znać. Na widok osób odśnieżających chodniki myślę o robotach przymusowych w trakcie drugiej wojny, a usłużna pamięć podsyła konkretne zdjęcia w konkretnej sali w Fabryce Schindlera. Nauka nie poszła w las.

Ale nic nie szkodzi. Świat jest taki biały i taki łagodny. Miękka kołderka otula moje niewyspane ciało i mój niewyspany umysł. Nic się nie dzieje. Nie muszę pędzić. Nie muszę pić kolejnej kawy. Nie muszę tyle myśleć. Gdzieś, daleko stąd psują się zwrotnice, a tramwaje kierowane są na trasy objazdowe. Ktoś odśnieża, aby przejść mógł ktoś. Nikt na mnie nie czeka. Mogę brnąć przez zaspy, ile mi się żywnie podoba. Niewyspana, niezatrudniona, szczęśliwa.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

biało, zimno, wolność

A więc wreszcie to robisz. Wygrzebujesz się z czarnego dołka. Zamieniasz „mieć” na „być”. Wybierasz wolność. Prozaicznie mówiąc: rzucasz etat. I rzucasz się na biały, zimny świat. Nachodzić się, napatrzeć, nasłuchać, namarznąć za te kilka straconych miesięcy. Odmrozić sobie palce – nie na złość komukolwiek, ale właśnie z radości, że możesz. Żeby zamanifestować wyższość odmrożonych palców nad palcami drętwiejącymi od stukania w klawiaturę.

Pandemiczny świat nie ma wiele do zaoferowania. Kawa czy grzaniec na wynos, pite ukradkiem, z niejasnym poczuciem winy. Puste Błonia w mroźne poniedziałkowe przedpołudnie. Ciężki oddech pod maską. Obiad zawinięty w folię aluminiową, który i tak wystygnie, zanim doniesiesz go do domu. Długa jazda tramwajem. Kolejka w MPK i kolejka na poczcie. Upiornie bezludny Kazimierz rano, w południe i o każdej innej porze. Zafoliowane okna i puste witryny w miejscach, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu były sklepy i knajpy.

Ale na razie to nie szkodzi. To i tak świat setki razy szerszy niż monitor służbowego komputera. Nieskończenie bardziej inspirujący niż własne cztery ściany. Bogaty tysiącem odcieni śnieżnej bieli.

Niby wiedziałaś, że należysz do tej połowy świata, która musi być w ruchu, żeby żyć. A jednak musiałaś przesiedzieć kilka beznadziejnych miesięcy w domu, żeby się upewnić.

Pozbyłaś się monitora, klawiatury i kodów dostępu. Bólu głowy, bólu pleców i bólu brzucha. Została tylko bezsenność. Jej lojalność jest wzruszająca.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

styczeń w Polsce

Grudzień: ciężko się zmobilizować, żeby pracować po 10 godzin dziennie, a w przerwach szukać prezentów i gotować.

Styczeń: ciężko się zmobilizować, żeby wstać z kanapy i zrobić herbatę.

Grudzień: męczy mnie siedzenie w jednej pozycji przed komputerem.

Styczeń: męczy mnie wszystko oprócz leżenia.

Grudzień: jest źle, ale będą Święta.

Styczeń: jest źle i niczego już nie będzie. Podobno kiedyś będzie wiosna, ale czekamy na sprawdzone informacje w tym temacie.

Nie wiem, co mi dolega. Może to po prostu „styczeń w Polsce”, jak to ktoś genialnie podsumował. „Jest styczeń w Polsce” – i nie trzeba nic więcej tłumaczyć. Jest szaro, zimno, beznadziejnie i żadnego światełka w tunelu.

Nie wiem, co mi dolega, ale na szczęście dają na to zwolnienia lekarskie.

Takie skromne życzenia sobie składaliśmy na nowy rok – „normalności”. A i to okazało się zbyt optymistyczne.

A więc siedzę. Siedzę i patrzę w przestrzeń, coraz bardziej zaśnieżoną. Dobrze, że sypie. Niech nas zasypie. Mnie z moją nikomu niepotrzebną wiedzą, książki, Bronowice i nikomu już niepotrzebny Kraków. Jeśli rację mieli solipsyści, że istnieje tylko to, na co ktoś patrzy, to i tak już dawno przestał istnieć. Niech sypie, niech nas zasypie, niech świat o nas zapomni, a my o świecie, który nas tak potraktował. Za kilkaset lat nas odkopią i urządzą muzeum czasów, w których część ludzi zmarła na nową chorobę, a pozostałym zabrakło chęci do życia.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Cicha noc

Synagoga Remu. Fot. krakowskieimpresje

Jest noc. Czy cicha? To zależy, gdzie. Pod Barbakanem i na Florianskiej nie. Nieprzepisowo liczne grupki zbierają się pod szopkami, komentując kunszt artystów albo – jeszcze chętniej – tłumacząc dzieciom, o co w nich chodzi. Słusznie, jeśli znajdzie się kogoś, kto słabiej od ciebie zna się na rzeczy, to z automatu rośnie poczucie własnej wartości. Każdy przewodnik miejski zna to uczucie.

Na Rynku też żadna tam cicha noc. Siorbanie kaw i grzańców z papierowych kubeczków. Trzask aparatów. Grupka podchmielonej młodzieży pod Adasiem zawodzi kolędę. Mają w sobie tyle uroku i gracji, co przybywający tłumnie do Krakowa w poprzedniej epoce amatorzy wieczorów kawalerskich z Wysp Brytyjskich.

Nad Wisłą za to bardzo cicha. Nawet kaczki gdzieś odpłynęły. Jak w kolędzie, alles schläft. Nawet chmury nie odbijają się w wodzie.

Ale największa cisza panuje na Szerokiej. Cisza, ciemność i spokój. Nie świeci się lampka w oknie wielkiego kabalisty w zburzonej synagodze. Wielki rabin nie upomina weselników zgromadzonych na nieistniejącym cmentarzu. Nie błyszczą mezuzy, wygnane z mieszkańcami do getta.

Jest noc. Czy święta? Chciałabym to wiedzieć. W mojej wędrówce mijam dziewięć kościołów, jedną cerkiew i cztery synagogi (nie licząc nieistniejących). W cerkwi świecą się światła witrażowych okien. W kościele tłoczą się i śpiewają. Najświętsza cisza panuje pod synagogą. Ale tu nigdy Boga nie było. Było tylko (albo aż) jego słowo. Jeśli ma zabrzmieć, to chyba tylko w ciszy. Ale dla kogo? Poza mną nie ma na Szerokiej nikogo w tę świąteczną noc. I nie ma tu żadnych cudów. A przynajmniej takich, które można by dojrzeć gołym okiem.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz