styczeń w Polsce

Grudzień: ciężko się zmobilizować, żeby pracować po 10 godzin dziennie, a w przerwach szukać prezentów i gotować.

Styczeń: ciężko się zmobilizować, żeby wstać z kanapy i zrobić herbatę.

Grudzień: męczy mnie siedzenie w jednej pozycji przed komputerem.

Styczeń: męczy mnie wszystko oprócz leżenia.

Grudzień: jest źle, ale będą Święta.

Styczeń: jest źle i niczego już nie będzie. Podobno kiedyś będzie wiosna, ale czekamy na sprawdzone informacje w tym temacie.

Nie wiem, co mi dolega. Może to po prostu „styczeń w Polsce”, jak to ktoś genialnie podsumował. „Jest styczeń w Polsce” – i nie trzeba nic więcej tłumaczyć. Jest szaro, zimno, beznadziejnie i żadnego światełka w tunelu.

Nie wiem, co mi dolega, ale na szczęście dają na to zwolnienia lekarskie.

Takie skromne życzenia sobie składaliśmy na nowy rok – „normalności”. A i to okazało się zbyt optymistyczne.

A więc siedzę. Siedzę i patrzę w przestrzeń, coraz bardziej zaśnieżoną. Dobrze, że sypie. Niech nas zasypie. Mnie z moją nikomu niepotrzebną wiedzą, książki, Bronowice i nikomu już niepotrzebny Kraków. Jeśli rację mieli solipsyści, że istnieje tylko to, na co ktoś patrzy, to i tak już dawno przestał istnieć. Niech sypie, niech nas zasypie, niech świat o nas zapomni, a my o świecie, który nas tak potraktował. Za kilkaset lat nas odkopią i urządzą muzeum czasów, w których część ludzi zmarła na nową chorobę, a pozostałym zabrakło chęci do życia.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Cicha noc

Synagoga Remu. Fot. krakowskieimpresje

Jest noc. Czy cicha? To zależy, gdzie. Pod Barbakanem i na Florianskiej nie. Nieprzepisowo liczne grupki zbierają się pod szopkami, komentując kunszt artystów albo – jeszcze chętniej – tłumacząc dzieciom, o co w nich chodzi. Słusznie, jeśli znajdzie się kogoś, kto słabiej od ciebie zna się na rzeczy, to z automatu rośnie poczucie własnej wartości. Każdy przewodnik miejski zna to uczucie.

Na Rynku też żadna tam cicha noc. Siorbanie kaw i grzańców z papierowych kubeczków. Trzask aparatów. Grupka podchmielonej młodzieży pod Adasiem zawodzi kolędę. Mają w sobie tyle uroku i gracji, co przybywający tłumnie do Krakowa w poprzedniej epoce amatorzy wieczorów kawalerskich z Wysp Brytyjskich.

Nad Wisłą za to bardzo cicha. Nawet kaczki gdzieś odpłynęły. Jak w kolędzie, alles schläft. Nawet chmury nie odbijają się w wodzie.

Ale największa cisza panuje na Szerokiej. Cisza, ciemność i spokój. Nie świeci się lampka w oknie wielkiego kabalisty w zburzonej synagodze. Wielki rabin nie upomina weselników zgromadzonych na nieistniejącym cmentarzu. Nie błyszczą mezuzy, wygnane z mieszkańcami do getta.

Jest noc. Czy święta? Chciałabym to wiedzieć. W mojej wędrówce mijam dziewięć kościołów, jedną cerkiew i cztery synagogi (nie licząc nieistniejących). W cerkwi świecą się światła witrażowych okien. W kościele tłoczą się i śpiewają. Najświętsza cisza panuje pod synagogą. Ale tu nigdy Boga nie było. Było tylko (albo aż) jego słowo. Jeśli ma zabrzmieć, to chyba tylko w ciszy. Ale dla kogo? Poza mną nie ma na Szerokiej nikogo w tę świąteczną noc. I nie ma tu żadnych cudów. A przynajmniej takich, które można by dojrzeć gołym okiem.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

mgła ta mgła

Gdzieś w Bronowicach.

Każda rzecz ma swój czas. Niczego nie można pospieszać. A już zwłaszcza dotyczy to smażącego się naleśnika, którego trzeba obrócić na drugą stronę. Dopiero wtedy, kiedy będzie gotowy i ani minuty wcześniej.

Niektórzy wyrzucają z siebie złe emocje przez medytację. Mi brakuje cierpliwości. Mogę wytupać, mogę usmażyć naleśniki, upiec bułki, zamarynować tofu.

Wstaję – niebywałe! – przed wschodem słońca. Cały dzień przysypiam z palcami przyklejonymi do klawiatury i nosem przyklejonym do szyby – czy choć na minutę wyjdzie słońce? Czy spadnie śnieg? Niech będą białe święta!

Ale śniegu nie ma, jest tylko szron i mgła, ta mgła.

nie widzę już nic nic a nic biało mi

Biały bezśnieżny bezsłoneczny dzień za oknem, biała pustka w głowie. Nic donikąd nie zmierza, a już najmniej ja sama.

Zanim skończę pracę, słońce zajdzie. Czy zobaczę inny świat, kiedy wyjdę z domu? Po co wychodzić? Dokąd? Do kogo?

Biała mgła skleja mi powieki. Obudźcie mnie w 2021.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

ciemno, głucho, smog

Piątkowy wieczór na Młynówce. Ciągnąca się w nicość kolejka na poczcie (a raczej przed pocztą, bo wewnątrz mogą przebywać tylko dwie osoby, w drodze wyjątku trzy). Jeden pan z maską zsuniętą na brodę co kilka minut od nowa argumentuje, żeby „znieść tego koronawirusa, przecież już go nie ma”. Inny z emfazą mówi do telefonu, że „kolejka ma chyba z kilometr”. Palce u stóp i dłoni sztywnieją z zimna. Światełka na osiedlowej choince mrugają bez przekonania.

Nawet księżyc trzyma się już ostatkiem sił sił, jemu też już brakuje energii na ten grudzień, cieniutki rogalik.

Kiedy na chwilę zsunie się maskę z nosa, czuć, jak pachnie krakowskie, zimowe powietrze. I nie jest to zapach przyjemny. Tyle mówi nos, ale co czuć jeszcze? Chyba nadal potrafię opisać to opisać tylko słowami Stachury i Ziemianina. Nic nowego od czasów nastoletnich nie wymyśliłam, albo nigdy już poezja nie padała na tak podatny grunt. U Ziemianina tępy ból istnienia (to z wiersza „Sen bez snu”, śpiewało go dawno temu Stare Dobre Małżeństwo), a u Stachury: ta mgła ta mgła, szara, oblepiająca, taka, która potrafi uprowadzić ze świata w pustkę. Radość i chęć do życia odpływają, a jej miejsce przejmuje mgła. Jeśli na to pozwolisz, to przestaniesz walczyć, będzie ci wszystko jedno. Nie zostanie w tobie nic oprócz smutku, a potem już nawet jego nie będzie.

Ale tym razem oprócz szarości oblepiającej moje myśli jest też mgła prawdziwa. Drzewa wyłaniają się z niej jak te rysowane pastelem przez Wyspiańskiego, to chyba pejzaż Plant, a może rysował tych pejzaży więcej. Czasem się boję, że naprawdę wszystko zapomnę, że stanę na Plantach, a w głowie będę miała pustkę, nie będę wiedziała, że to z tego mniej więcej miejsca rysował Planty, a tu była brama miejska, a tu Boy-Żeleński dla żartu, albo może całkiem serio, przykrył pijanego kolegę kołderką ze śniegu.

Na chodniku ktoś napisał, farbą chyba, widać nawet po ciemku: WARTO ŻYĆ. Mam nadzieję, że teza poparta jest rzetelnymi i aktualnymi badaniami tematu.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

ciemność i zguby

W tamtą grudniową noc dekoracje na Małym Rynku – nadal w miejskich barwach, inspirowane twórczością Wyspiańskiego i Stryjeńskiej – świeciły tylko dla mnie. W sobotę już nie. W sobotę Kraków udawał siebie, z ludźmi chodzącymi po Rynku i pijącymi kawę na wynos, z kolorowymi balonami nad wejściem do lokalu, tak jakby otwieranie restauracji w centrum turystycznego miasta nadal było zupełnie normalne.

Ale jakie to ma znaczenie? Przeszłam kilka razy pieszo pół miasta szukając chęci do życia. Nawet przez chwilę wydawało mi się, że znalazłam. Były ożywcze rozmowy, była otwarta w sobotni wieczór budka z pysznym indyjskim jedzeniem, było złudzenie wolności, jakby nie trzeba było jutro wstawać. A potem znowu zgubiłam. I zrobiło się jeszcze ciemniej.

w tamtą grudniową noc królowie trzej przyszli i nic nie znaleźli

Kto zna się na mindfulnessach i innych zenach, wie już, co jest nie tak: szczęście można znaleźć tylko, jeśli się go nie szuka. Trzeba wyłączyć oczekiwania. Oczyścić się z emocji. Być czystą świadomością. Medytować, kupić matę do jogi i chodzić na terapię.

chcesz więcej niż dziś mogę tobie dać

powiem więcej więcej nie mam

Okazało się, że ostatecznie i tak jesteśmy monadami w maskach. I że chcemy nimi pozostać. Że nawet w centrum miasta, które z całej siły udaje siebie, nie ma czym oddychać. Że pod secesyjnymi światełkami najciemniej.

Zostały dźwięki w słuchawkach do zagłuszania myśli. Klaustrofobiczne, żałosne życie między monitorem, oczyszczaczem powietrza a mikrofalówką. Niech się już skończy ten rok. Szkoda na niego prądu, światełek i choinek.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

spacer po mieście duchów

Anioł przed Pałacem Prasy jakiś smutny. Ale przynajmniej ma głowę.

Na taki spacer trzeba mieć mocne nerwy. Zapas chusteczek do ocierania łez też się przyda.

Jedzie się w piątkowy wieczór na Stare Miasto. Nie trzeba brać taksówki, bo w tramwaju ma się dla siebie mnóstwo miejsca. Lepiej nie wybierać się z pustym żołądkiem, bo ciężko będzie znaleźć coś do jedzenia.

Jaką trasę wybrać? Są różne możliwości.

Dla sentymentalnych (i tych, którzy nie mają pustego żołądka) – można szlakiem zamkniętych lokali. Mijamy kilka widmowych falafeli i kebabów, kilka pijalni napojów wyskokowych, których nie musimy żałować, jeśli nie jesteśmy studentami Erasmusa, zaczynamy szlochać przy pustce po Pierogowym Raju przy Sławkowskiej, ronimy kolejne łzy mijając Bunkier, by wreszcie rozkleić się na dobre przy Dolnych Młynów.

Gdzie w takim razie szukać życia? Trzeba iść nad Wisłę. Przywitać się ze smokiem, przyjąć do wiadomości stojącą obok niego owcę z klocków Lego, która chyba nawet coś symbolizuje. Zresztą nawet nie musi, jest 2020, wszyscy robimy dziwne rzeczy i znajdujemy się niekoniecznie tam, gdzie powinniśmy. Jak się okazuje, to na bulwarach są teraz najlepsze imprezy outdoorowe. W każdym razie młodzież zgromadzona w, bójcie się Boga, 10-osobowej grupie, sprawia wrażenie, jakby bawiła się całkiem nieźle. Dopiero przyjazd straży miejskiej wyzwala w nich bardziej agresywną nutę. Ale największe zgromadzenie, jakie miniecie podczas spaceru, to grupa kaczek. Trzeba zejść nad samą Wisłę i patrzeć w ciemną taflę wody, tak pomiędzy Skałką a kładką Bernatka. Ciekawe, czy dla nich cokolwiek się zmieniło? Może są głodne, tak jak gołębie podczas wiosennego lockdownu?

Jest też trasa tematyczna – bożonarodzeniowa. W ciemności straszą bezgłowe anioły. Błyszczą secesyjne dekoracje w barwach miejskich (niebieski), inspirowane twórczością Stryjeńskiej i Wyspiańskiego – po co, dla kogo? Dla tych – na oko – dziesięciu osób, które są na Rynku? Stoi choinka. W witrynach stare szopki. (Tegoroczne są w zamkniętym Celestacie, a jury ogląda je przez kamery internetowe i wybiera najładniejsze – tak jest, nie żartuję!) Można oddawać się szczegółowej analizie porównawczej – czy to ta stała w zeszłym roku przy Grodzkiej? nie, tamta miała smoka, a nie Lajkonika! -, analizie detali – czy Twardowski trzyma w ręce buławę czy kielich? -, i przypominać sobie niepotrzebne teraz nikomu żarty i bon moty na temat szopek, wymyślone rok temu dla zagranicznych turystów. Dobrze, że mamy ze sobą ten zapas chusteczek.

Wreszcie jest szlak najważniejszych zabytków. Niby sztampa… ale tak dawno ich nie oglądaliśmy, prawda? Jeśli macie szczęście, i tak jak ja spacerujecie z kimś, kto zna się na rzeczy, możecie wymyślać alternatywną historię, chronologię, tożsamość zabytków. Konfabulować na temat postaci na pomnikach. Bo te prawdziwe historie znacie przecież na pamięć. Dobra zabawa i śmiech przez łzy gwarantowane.

Gdzieś w tym momencie wyczerpuje się zapas chusteczek, który ze sobą wzięliście, a poza tym robi wam się zimno. Przez te parę godzin nie mogliście przecież nigdzie wejść, żeby się ogrzać. Nie byliście tak zdesperowani, żeby płacić za bilet tramwajowy, ani wbrew prawu rozgrzewać się od środka stosownymi napojami. Wsiadacie zatem do nocnego autobusu, i jadąc do domu modlicie się, żeby spadł śnieg i zasypał ten smutny świat. Ale wiadomo, jak to z modlitwami jest. Są wysłuchiwane nie częściej niż podania o wsparcie w związku z utratą pracy i utratą normalności. Od poniedziałku wrócicie więc do pracy, której nienawidzicie, i będziecie płakać z bezsilności, patrząc w okno, za którym cały czas ten sam blok i ta sama betoniarka, nie wiedząc, czy w ogóle jesteście jeszcze w Krakowie, i czy Kraków, który znacie, nadal istnieje.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

sen

Widzę siebie, idącą z grupą turystów z Rynku w stronę Collegium Maius, ulicą świętej Anny, chodnikiem po lewej stronie. Odwracam się, ale za mną nie ma nikogo, nie ma turystów, bo jest pandemia. Dochodzę na Jagiellońską sama. Maius jest zamknięte, bo jest niedziela. Walę głową w kamienny mur, tak mocno, że budzą się śpiący rycerze. Gołębie wciskają kamyczki z powrotem w dziury w ścianach kościoła Mariackiego i po ponad 700 latach czuwania zamieniają się w rycerzy Probusa. Dzielni średniowieczni wojacy z mieczami w dłoniach odpierają atak koronawirusa, który oczywiście nie ma odporności na ich broń. Koronawirus ogłasza porażkę, w ramach kontrybucji odzyskujemy całe złoto, które Probus przepuścił w drodze do Rzymu na niedoszłą koronację. Pandemia się kończy, gołębie są głodne po walce, wszystko jest jak dawniej.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

kilka słów o węgorzach

W wieku czterech lat nauczyłam się czytać. Osiem, może dziewięć lat później zaczęłam zapisywać tytuły wszystkich przeczytanych książek. Później doszły do nich krótkie recenzje. Dzięki tej niegroźnej manii, która pochłonęła już 2,5 zeszytu, wiem, że oprócz lektur z podstawówki (a było ich niewątpliwie sporo) przeczytałam w życiu na razie 665 książek, z czego w samym 2020 roku – 36. Cóż, zwłaszcza drugi kwartał tego roku zapewnił czas na nadrabianie książkowych zaległości w niespotykanych dotąd ilościach.

Ostatnio z wiadomych powodów dominowały u mnie lektury okołowojenne i nadrabianie faktów z tzw. Wielkiej Historii, dlatego po ustaniu, że tak to ujmę, motywacji zewnętrznej dla zajmowania się wojną i Zagładą, z przyjemnością rzuciłam się na coś diametralnie innego. Zbiór krótkich esejów poświęconych podróżom – małym, wielkim i zgoła nieistniejącym, a tylko planowanym. Książkę Krzysztofa Środy „Niejasna sytuacja na kontynencie. Prywatny przewodnik po różnych stronach świata” (wyd. Czarne, Wołowiec 2014) polecam serdecznie na skołatane nerwy. Mnie szczególnie ujął fragment akurat nie sielski, przeciwnie, raczej niepokojący, a traktujący o wędrówkach węgorzy.

Węgorze to dziwne ryby. Do repertuaru ich niezwykłych zachowań należy fakt, iż nawet te z nich, które żyją w Europie, rozmnażają się w Morzu Sargassowym, po zachodniej stronie Atlantyku, „w linii prostej (…) osiem tysięcy kilometrów od rzek i jezior, w których spędzają życie” (s. 87). Już sam ten fakt jest absolutnie fascynujący, ale jeszcze bardziej frapująca jest jedna z teorii naukowych, próbujących go wyjaśnić. Cytuję:

węgorze rozmnażały się w Atlantyku już wtedy, gdy przyszły ocean był zaledwie średniej wielkości morzem rozdzielającym dopiero co odłączone od siebie części wielkiego prakontynentu – Pangei. Część z nich zasiedlała rzeki przyszłych Ameryk, część zaś – równie niedalekiej Europy i Afryki. Zwolennicy tej koncepcji spierają się wprawdzie o to, czy brzeg zachodni, wraz z głębiną, w której węgorze odbywały tarło, odsuwał się od brzegu wschodniego, czy też było odwrotnie, ale dla samych ryb nie miało to znaczenia. W jednym i drugim przypadku oznaczało to bowiem, że te z nich, które przywykły do życia w wodach przyszłego kontynentu europejskiego, musiały w każdym pokoleniu odbywać, ścigając oddalającą się płytę tektoniczną, wędrówkę nieco dłuższą niż ich rodzice. O ile dłuższą? O centymetry? Milimetry?… (s. 92n)

Ta sama podróż, a jednak coraz dłuższa, setki, tysięcy razy dłuższa niż na początku. Zwycięstwo nad materią – czy wręcz przeciwnie? Heroizm czy absurd? Czy czytając ten opis, nie myślicie o życiu, a konkretniej – o roku 2020, w którym rzeczy trudne (np. pieczenie chleba) okazały się proste, a rzeczy proste (np. pójście do pracy albo pojechanie na urlop) okazały się bardzo trudne?

PS. Na zdjęcie załapał się fragment własnoręcznie upieczonej bułki drożdżowej oraz gazety sprzed miesiąca, którą dzisiaj wreszcie planuję doczytać.

Opublikowano książki | Otagowano , | Dodaj komentarz

poza tym wszystko w porządku

Najtrudniej jest zasnąć w niedzielę. Brama do garażu otwiera się głośniej i częściej niż w jakikolwiek inny wieczór w tygodniu. Drzwi na klatkę schodową trzaskają głośniej. Co chwilę wstaję, żeby się upewnić, że drzwi do mieszkania nadal są całe i na swoim miejscu. Przecież to niemożliwe, żeby tak głośno było słychać odgłosy z mieszkania piętro wyżej.

Nie mogę skupić się na czytaniu. Rozwiązuję krzyżówki na telefonie. Pojawia się hasło: patron strażaków. Święty Florian, rzecz jasna. Ten sam, o którym opowiadałam turystom pod Bramą Floriańską, zanim świat się zepsuł. To były czasy! Przejście przez Rynek było wtedy dla mnie elementem codziennej rutyny, a nie świętem zdarzającym się raz na dwa tygodnie. Nie miałam czasu gotować ani sprzątać, ale miałam w małym palcu historię budowy i godziny otwarcia katedry.

Jest zatem niedziela, po północy, a ja leżę z otwartymi oczami, i rozmyślam nad świętym Florianem, który w kawałkach dotarł do Krakowa we wczesnym średniowieczu, żeby chronić miasto przed pożarami. Czy nie było wtedy pod ręką żadnego świętego od epidemii? Chociaż paru kosteczek?

Rano, po czwartym lub piątym budziku, wstanę, tylko po to, żeby przez osiem godzin udawać, że coś robię. Czy zrobiłoby różnicę, gdybym te osiem godzin przespała? Czy ktoś zna magiczny sposób na to, żeby zamknąć oczy i obudzić się, kiedy będzie po wszystkim?

Mam wrażenie, że kiedyś było więcej powietrza w powietrzu, i więcej życia w życiu. Ale nie ma na co narzekać. Wszystko jest w porządku. Mam pracę, pieniądze, i mieszkanie. Coraz lepiej gotuję. Regularnie podlewam kwiatki, nawet kaktusa, i zmieniam filtry w odkurzaczu. Wieczorami oglądam indyjskie filmy. Czasami nawet udaje mi się szybko zasnąć.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

przyszłość też kiedyś była lepsza

Tu kiedyś była ulubiona imprezownia połowy Krakowa. Kiedy? Lata temu? Nie. Kilka tygodni. Ząb czasu gryzie szybko.

Kiedyś bardzo interesowały mnie rzeczy, które zdarzyły się dawno, dawno temu. Jak żyli ludzie w średniowiecznym Krakowie. Ile płaciło się za przyjęcie do prawa miejskiego. Co najchętniej jadała królowa Jadwiga. Teraz idę Piaskiem i roztkliwiam się nad miejscami, w których rok temu piłam piwo z przyjaciółmi; w liceum piłam kawę na wagarach; gdzie kiedyś były najtańsze wegetariańskie obiady. Ach, nie tak kiedyś Krupnicza wyglądała, nie tak.

Takie chyba są pierwsze oznaki starzenia, nie licząc zmarszczek i siwych włosów. Lada moment zamienię się w jednego z tych stetryczałych dziadków, którzy uważają, że lata ich młodości to temat na wykład, ba! na kurs semestralny, i opowiadają po dziesięć razy te same żarty. Lepiej od razu przestańcie subskrybować.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz