najnormalniej pod słońcem

Zapowiada się lato w rozkroku między nowym normalnie a starym normalnie.

Nowe normalnie: cztery ściany, komputer, słuchawki izolujące od kosiarki, placu budowy, remontów. Zoom fatigue. Zdalne zmęczenie. Podgląd własnej twarzy w kamerce. Ból głowy od słuchawek. Czasem też olśnienia i satysfakcja, oczywiście. Ale też zdalnie.

Stare normalnie: słońce, deszcz, wiatr, ludzie. Ludzie niezapośredniczeni przez telefon czy komputer, ba! ludzie przez kilka godzin niezaglądający do telefonów. Długie kilometry w nogach. Odciski. Ból gardła od przekrzykiwania muzyki klezmerskiej, bębniącego o chodnik deszczu, motorów. Zmęczenie jak najbardziej prawdziwe. Ale łatwiej z niego odpocząć niż z tego wirtualnego. Po pracy, przy odrobinie szczęścia, lampka albo kufel czegoś gdzieś na mieście. Długie nocne rozmowy. Na żywo.

Gdyby tak wyłączyć wszystkie natrętne myśli i po prostu cieszyć się tym latem. Każdym spotkaniem. Zatankować na zapas słońce, rozmowy, spotkania, i wszystkie inne rzeczy, dla których nie ma słów, a nawet jeśli są, to nie oddają im sprawiedliwości. Po prostu robić swoje i nie zadręczać się codziennie, że nie robi się tego wystarczająco dobrze. Wyjechać na kilka dni i z przyjemnością wrócić. Nie planować wszystkiego z wyprzedzeniem. Może nawet raz na jakiś czas się spóźnić. Żyć tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

sobota, knajpa, piwo, normalnie, nienormalnie

Widoczek z czwartkowych bulwarów. Ostry dyżur pamiątka po ostrej imprezie?

Ale tymczasem jest piątek i jadę do miasta. I załatwiam sprawunki. I wracam. Poza tym przez większość dnia jestem zajęta byciem zmęczoną.

Ale tymczasem jest sobota i knajpy są otwarte. Siedzimy w ogródku Ulicy Krokodyli, ale deszcz zaczyna kapać nam z parasola na głowy. Więc jednak siedzimy w środku. Prawie nic się nie zmieniło. Nawet kawa nie podrożała. Chyba ściany odmalowali. Napisy w jidysz, po polsku i angielsku. Obsługa bardziej zajęta rozwiązywaniem krzyżówek niż obsługą, ale to też ma w sobie urok normalności. Tak samo jak brak papieru w toalecie. Siedzimy, sączymy, za oknem przejeżdżają Szeroką meleksy z turystami. Prawie jakby było normalnie. No ale nie jest. Gdyby było normalnie, to w sobotnie popołudnie na pewno byłabym w pracy.

Zdałam egzaminy. Wstaję rano i nie muszę już czytać o drugiej wojnie światowej. Najpierw nie mogłam się przyzwyczaić, ale teraz już jest w porządku. Czytam gazety i maile sprzed miesiąca, zdjęłam z półki powieść (akcja nie dzieje się w trakcie wojny). Sypiam całkiem dobrze. Sąsiedzi z góry puszczają słabą muzykę, kiedy chcę się wcześniej położyć, ale całkiem niezłą, kiedy pracuję.

Właśnie, muzyka. W Ulicy Krokodyli jest dobra, taka, jakiej lubiłam słuchać kilka(naście?) lat temu. Dobry stary rock. Tylko trochę za głośno. W ogóle obawiam się, że po pandemii już nigdy nie pójdę na koncert z muzyką z głośników ani do kina, bo wszystko będzie dla mnie za głośne.

Za to w Lokatorze jest cicho. I przytulnie. I w ogóle super. Halo, chodźcie do Lokatora.

No więc jest normalnie czy nie jest? Tu nie da się odpowiedzieć mową jasną prostą, tak – tak, nie – nie. Każdy moment normalności wydaje się kruchy. Ma się ochotę zamknąć go w słoiku, oprawić w ramkę, żeby nie zniknął. Żeby móc sobie go przypomnieć, kiedy znowu będzie nienormalność, zamknięcie, klaustrofobia, samotność, ekran komputera. Kończy się maj, czyli już wkrótce przesilenie letnie, dni będą coraz krótsze, w sierpniu już zimne wieczory, a potem zjazd równią pochyłą prosto w zimę, jak ją przetrwać? Czy to jest starość – nie umieć cieszyć się chwilą, bo „pamiętamy, co było, więc wiemy, co będzie”?

Najpierw zacytowałam, a potem sprawdziłam, co. Otóż Kaczmarskiego. „Przeczucie (Cztery pory niepokoju)”. Posłuchajcie zatem dłuższego fragmentu, bo dobry. A potem idźcie do knajpy, póki się da. Ani się obejrzymy, i będzie zimno i strasznie.

(…) za oknem śnieżyca, chichoty i wycie

przed którymi na próżno chowamy się w życie.

Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie.

Pamiętamy, co było… Więc wiemy, co będzie.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

spacer po getcie

Jedno ze zdjęć na wystawie w Aptece pod Orłem (oddział Muzeum Krakowa).

Przecież wiem, że nic tam nie ma. Żadnej tablicy pamiątkowej. Ale i tak idę. Idę, bo mam głowę pełną zdjęć i historii z Apteki pod Orłem. Oczywiście budynek przy Krakusa 22 wygląda zupełnie zwyczajnie. Od sąsiednich domów różni się tylko kolorem świeżo odmalowanej fasady. Nic nie świadczy o tym, że tu był punkt kontaktowy Żydowskiej Organizacji Bojowej. Ale nic nie szkodzi. Wystarczy tylko trochę się skoncentrować i mogę sobie wszystko wyobrazić. Tam na górze konspirują. Może planują atak na garaże wojskowe na Grzegórzkach. A może już wielką grudniową akcję, której celem będą eleganckie kawiarnie i kino „nur für Deutsche”. A może jest szabat i lider organizacji, „Dolek”, śpiewa pieśni religijne. Podobno miał piękny głos.

Skręcam w Piwną. Lewą stroną ulicy przebiegała granica getta. Parterowa okna na pewno były zamurowane cegłami. Wtedy zresztą nie była to żadna Piwna, tylko Wita Stwosza. Przez nieistniejący kawałek muru przechodzę na Józefińską. Powiedzmy, że faktycznie jest szabat. A zatem w synagodze rabina skawińskiego na rogu też się modlą. Tam na strychu schowają się w czasie wysiedlenia ortodoksyjni młodzieńcy. I tak ktoś ich znajdzie, gestapo albo raczej odemani, i pójdą umrzeć „na chwałę imienia Bożego”. Gdzieś obok stoi łaźnia. Tego budynku chyba już nie ma? Czy zdążyli pójść do łaźni po pracy, zanim zaczął się szabat?

Węgierska. Kuchnia ludowa „Bet Lechem”, czyli po hebrajsku „dom chleba”. Rękawka. Szpital zakaźny doktora Aleksandra Biebersteina, tego, który spisał całą okupację, wszystko, mnóstwo szczegółów, dat i nazwisk, musiał być bardzo skrupulatnym człowiekiem. Potem w obozie stracił swoje notatki, ale odtworzył je po wojnie z pamięci i wydał. Dawny szpital to teraz rudera, ale przynajmniej opatrzona tablicą pamiątkową. Obok budują apartamenty. Na pewno będą bardzo drogie, świetna lokalizacja, Podgórze robi się coraz bardziej modne.

Krzemionki. Jedyny zielony skrawek getta, zdeptany przez spacerowiczów. W szufladach Apteki jest kilka zdjęć zrobionych właśnie tutaj. Grupy młodych, uśmiechniętych ludzi, w ładnych ubraniach (pewnie znoszonych i spranych, ale tego na czarno-białych zdjęciach nie widać). Na niektórych zdjęciach nawet nie widać muru ani opasek z gwiazdą Dawida. Sielanka. Dopóki się nie odwróci zdjęcia na drugą stronę i nie przeczyta opisu. Nie sprawdzi, kiedy i gdzie zginęli. Czasem nawet tego nie wiadomo. Jakby ziemia się pod nimi zapadła. Nie ma człowieka, nie ma grobu, nie ma daty śmierci.

Wreszcie szkoła ludowa (teraz liceum) i mur. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do widoku placu zabaw tuż przy murze getta.

Skoro już jestem tak blisko, idę jeszcze na kopiec Kraka, odetchnąć świeżym powietrzem i zobaczyć z góry cały Kraków. Wawel, kościół Mariacki, wieża ratuszowa, kościół Piotra i Pawła, wysoka wieża kościoła jezuitów przy Kopernika. A więc będę mieszkać w Krakowie i nigdy już nie ujrzę Wawelu ani Wisły, pisała zrozpaczona nastoletnia Halina Nelken w pamiętniku z getta (cytuję z pamięci). Akurat ona przeżyła. Zmarła dopiero 12 lat temu w USA. Na wystawie w aptece są zarówno fragmenty jej młodzieńczego pamiętnika, jak i nagranie, na którym jako starsza kobieta opowiada o tym, co pamięta z tamtych czasów. Mówi po angielsku, z dość ciężkim akcentem. Najwyraźniej po latach emigracji przychodziło jej to łatwiej niż ojczysty polski.

Opublikowano książki, obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

martwa natura ze skrzynką pocztową

Opublikowano obrazy | Otagowano , | Dodaj komentarz

uratują nas spacery

Próbuję się cieszyć tym, że niedługo otworzą się miejsca, których tak bardzo mi brakowało. Że będzie można chodzić bez znienawidzonych masek. Że będzie prawie normalnie. Ale jakoś nie mam siły. Zmuszam się do tego, żeby się cieszyć. Cieszę się na siłę.

Myślę o osobach, z którymi chodziłam do Radochy. O osobach, z którymi chodziłam do Magii. O tym, jak dawno ich nie widziałam. Pójdziemy tam znowu, kiedy się otworzą? Załatamy wielomiesięczne dziury? Nie załatamy?

Samotność to strasznie dziwna sprawa. Kiedy nikt mnie nie słucha, to tak, jakby mnie nie było. Odwrócony solipsyzm: nie „kiedy nie widzę świata, świat nie istnieje”, tylko „kiedy świat mnie nie widzi, ja nie istnieję”.

A więc chociaż nie przyrosnąć do krzesła. Upewnić się, że istnieją moje kończyny, działają mięśnie i stawy. Wierzę, że uratuje mnie ruch i spacery. Wychodzę na zimno i wiatr, na nieciekawą trasę, odbębnić parę kilometrów. Pertraktuję sama ze sobą jak dorosły z kapryśnym dzieckiem: no wyjdźże z domu, kupię ci lody. Dziecinne ja jest trochę obrażone na dorosłe ja. Nie chce mu się tak spacerować bez celu. Nie lubi tej dzielnicy. Nie ma na czym oka zawiesić. Wkłada słuchawki do uszu (idealny timing – podcast skończy się dokładnie wtedy, kiedy wrócę do mieszkania i przekręcę klucz w zamku) i udaje, że nic go nie interesuje. Nie chce robić żadnych zdjęć. A jednak musi się złamać, bo widzi piękną kredową tęczę pod nogami. Żaden filtr nie będzie jej w stanie ulepszyć.

Więcej zdjęć nie będzie. Będzie kawa w papierowym kubku, z lekkim posmakiem wyrzutów ekosumienia, i wyczekane w kolejce lody. 7,5 kilometra jakoś zleci. Kolejny dzień zaliczony. Raczej przetrwany niż przeżyty, ale nie wolno narzekać. Nie wolno, kiedy się wie, o ile gorzej mogłoby być.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

wróżby miejskie

Niektórzy wróżą z lotu ptaków albo otwierają święte księgi na losowych stronach. Ja tak nie umiem. Za to czasem idę na miasto i szukam złotych myśli na ścianach. Zawsze znajduję coś pasującego do sytuacji.

Kolejny powód zatem, dla którego nie mogłabym żyć poza miastem: nie wiedziałabym, co myśleć i co mnie czeka w przyszłości.

Zaufajmy zatem wróżbie i prześpijmy to wszystko. Szarość, zimno, smog i pandemię. Obudźmy się, kiedy świat znowu się otworzy.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

niezaliczone ćwiczenia z solipsyzmu

Czekałam na wiosnę, ale się nie doczekałam. No trudno. Iść na miasto i tak trzeba. Przestać odbijać się wte i wewte od czterech ścian. Upewnić się, że świat istnieje, mimo że tak mało mu w tym pomagam.

Próbuję wymyślić jakiś racjonalny powód, jakiś sprawunek do załatwienia. Nic z tego, pustka w głowie. Dobrze zatem. Pojadę sprawdzić, czy na Wawelu kwitną już magnolie. I pójść przynajmniej w jedno miejsce, gdzie mnie jeszcze nie było.

Jeszcze nigdy nie szłam ulicą Zamkową. Niech będzie. Druga część planu zrealizowana. Idę dalej słonecznymi bulwarami. Ale byłoby śmiesznie, gdyby na napis „lato” koło Forum zaczął padać śnieg. Nagle odwracam się i bach! Wawel znika w zadymce.

Chcę zniknąć razem z nim. Rozpłynąć się w śniegu. Nie odradzać się jako jaszczurka, ptak, motyl. Niech gazety nie piszą o tajemniczym zniknięciu 30-latki. Musi być jakiś sposób, żeby rozpłynąć się bez śladu.

Ale nie udaje się. Otwieram oczy i nadal istnieję. Nadal jestem sobą, pamiętam nawet, jak się nazywam. Mam zmarznięte palce i pustawy żołądek. Show must go on. Skoro istnieję, to muszę iść dalej. Kontynuować plan-nie-plan, plan-pretekst, plan-ściemę wymyśloną po to, żeby nie spędzić kolejnego dnia w domu, nie gnić przed ekranem, nie uczyć się na pamięć smug na ścianach.

Gdyby ktoś obserwował z ukrycia moją eskapadę, z pewnością byłby pod wrażeniem tego, jak dobrze gram w normalny dzień na mieście. Kupuję jedzenie i kawę na wynos. Wchodzę do księgarni. Od czasu do czasu gapię się na przypadkowe detale architektoniczne i witryny sklepowe. Ukrywam zdziwienie faktem, że świat istnieje i że istnieję ja.

Ale trzeba już wracać. Kiedy dochodzę na przystanek, to jest tak, jakby ktoś mi w środku zgasił światło.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

potęga umysłu, albo o czym myślę, kiedy nie śpię

Wszystko robię jak trzeba. Nie kładę się z pełnym żołądkiem. Piję melisę. Wietrzę sypialnię. Nie patrzę w telefon, tylko czytam książki. O zbrodniarzach hitlerowskich. O Holokauście. Ewentualnie o wojnach na subkontynencie indyjskim w XVIII wieku.

Ale kiedy chcę zanurzyć się w ciemność i ciszę, ciemność nie jest ciemna, a cisza nie jest cicha. Grube rolety przepuszczają światło latarni ulicznych, a po schodach, sądząc po odgłosach, idzie właśnie ktoś w butach na 10-centymetrowych koturnach i przybija piątkę drzwiom na każdym piętrze. Ale to dopiero preludium. Teraz z książki o Mogołach wychodzi armia Hajderabadu. Słonie bojowe ciągną na północ w stronę stolicy Marathów. Przez moją klatkę schodową. Droga na pewno była błotnista, bo chwilę później słyszę, jak piętro wyżej ktoś myje słonia.

Zaciskam oczy i przez moment wydaje mi się, że znowu jestem dzieckiem i śpię w domu babci. Na wsi, a ściślej rzecz ujmując: na ziemi niczyjej między średniej wielkości miastem, strefą przemysłową a rzeką o wdzięcznej nazwie Ropa. Ciemność jest absolutna. Kiedy w nocy wstawałam do łazienki, musiałam wymacać rękami kant stołu, żeby upewnić się, że się z nim nie zderzę. Czy wtedy łatwiej mi było zasnąć niż teraz? Pewnie tak, chociaż czasem wydawało mi się, że po pokoju kręci się duch dziadka. Wtedy musiałam długo pertraktować sama ze sobą, żeby jednak zamknąć oczy.

Dorosłam klasycznie: teraz bardziej niż zmarłych boję się żywych. Na przykład włamywaczy. Albo tego, że sąsiedzi z góry znowu zaproszą znajomych. Właściwie to ciekawa jestem, jak jest na starość. Czy wtedy człowiek znowu przejmuje się bardziej zmarłymi i uczy się ignorować żywych? Kiedy już będę na tym etapie, dam Wam znać. Póki co przeszkadzają mi jeszcze te słonie. Co nie znaczy, że kiedy ich nie ma, jest lepiej. O, nie. Jeśli akurat jest cicho, wtedy moje własne myśli rozdeptują mi głowę gorzej niż rozzłoszczony słoń bojowy. W dzień stosuję różne sztuczki dla zmylenia przeciwnika, ale w nocy nie ma się gdzie schować. Wstaję, sprawdzam, czy w łazience nie schował się słoń, znowu się kładę, znowu wstaję, sprawdzam, czy na pewno zamknęłam drzwi, sprawdzam, czy nie ma mnie w korytarzu. Kiedyśtam wreszcie zasypiam. Rano budzi mnie słońce albo budzik. Znowu trzeba zacząć te męczące podchody. Zagadać niepokój książką kucharską, rachunkami, pracą, historią II wojny światowej. Strasznie to męczące i już o 21 chce się spać. Ale tak szybko przecież nie zasnę. Wojna Hajderabadu z Marathami jeszcze się nie skończyła.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

nadaję z okolic czarnej dziury

I znowu. Nie mogę zasnąć, nie mogę się obudzić, nie mogę wstać. Cały dzień piasek pod oczami. Jeśli wierzyć mądrości internetowych memów, problemy z zasypianiem mogą wynikać z tego, że nie chcemy, żeby nadszedł kolejny dzień. Brzmi przekonująco. Bo na co tu czekać, na co się cieszyć? Na kolejny lockdown? Kolejne odwołane plany? Na zimno i szarość?

Heroicznym wysiłkiem zbieram się i jadę do miasta. Czyli że do Rynku. Pusta Szewska, przy której połowa lokali nie działa, i nikt nie próbuje namówić mnie na wejście do klubu, nadal ma w sobie coś egzotycznego. Za to ktoś, komu też przeszkadza zima w marcu, ale ma w sobie więcej energii ode mnie, naskrobał to, co widzicie na zdjęciu. Może i mało cenzuralnie, ale nie czas żałować wulgaryzmów, kiedy płoną lasy.

Nie ma na co się cieszyć. Nie da się zaplanować wakacji. Nie da się nawet zaplanować egzaminu. Znaczy można, ale co z tego, skoro znowu zamknięcie muzeów i trzeba przekładać na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ile tym razem potrwa 3-tygodniowy lockdown? Miesiąc, dwa, trzy? Czy już zawsze będę uczyć się faktów o II wojnie światowej licząc na to, że kiedyś jednak uda mi się podejść do egzaminu i oprowadzać po muzeum?

Czasem kogoś się spotka, czasem ktoś zadzwoni, czasem ktoś napisze. I wtedy przez chwilę wszystko ma sens. Albo nagle trzeba wsadzić do plecaka zdjęcia, mapy, wiersze, kasę fiskalną, i iść oprowadzić po byłym getcie. Na dwie godziny wszystko wskakuje na swoje miejsce. Wszystko ma sens. Moje bycie tutaj, moja wiedza, umiejętności, miesiące spędzone na nauce, czytaniu, oprowadzaniu. A potem znowu nie. Idę tą nieszczęsną Szewską i aż się we mnie gotuje ze złości. To nie tak miało być. Miałam być na Starym Mieście codziennie. Miałam być tutaj u siebie, a nie z rzadka w gościach. Nie miałam spędzać życia przed komputerem, w przerwach rozpaczliwie gotując i piekąc, bo skoro nie mogę udowodnić, że moje życie ma sens, opowiadając innym miasto, to muszę udowodnić, karmiąc ich. Pokrętna logika, ale kto od początku pandemii ani razu nie leciał do sklepu po drożdże, niech pierwszy rzuci zakalcem.

Czasem wszystko ma sens. Ale niech chociaż ten śnieg zniknie. Chyba jestem rośliną i przerabiam słońce na energię. Jutro znowu ma być zimno i znowu nic na mnie nie czeka. Nic porównywalnego z byciem na swoim miejscu we wszechświecie. Znowu przekręcę się sto razy z boku na bok, zanim zasnę, i znowu obudzę się niewyspana. Znowu cały dzień trzeba będzie chodzić na palcach, żeby nie wpaść do czarnej dziury, bo jak już się tam wpadnie, to żadna fotosynteza i wszystkie wiosny tego świata nie pomogą.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

ciekawe czasy

I tak sobie balansujemy, w rozkroku między normalnością a brakiem normalności. Zamknięciem a otwarciem. Nagłe ocieplenie i tłumy na bulwarach. Rozmowy w różnych językach, prawie jak kiedyś, ale przecież wcale nie tak, jak kiedyś, bo to, co było wtedy, teraz jest o wiele mniej i o wiele ciszej, pochowane za maskami, niepewne, co wolno, a czego nie.

Chyba nigdy wcześniej (mam na myśli, rzecz jasna, okres, który mogę objąć własną pamięcią) nie było momentu, w którym tym bardzo nie da się przewidzieć, co będzie dalej. I w którym to nie ode mnie zależy, jak będę żyć i pracować. Jasne, w jakimś stopniu zawsze ode mnie. Ale w bardzo dużym jednak nie. I paradoksalnie zwalnia mnie to od odpowiedzialności. Jakby ktoś wręczył mi upoważnienie do życia z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Serio, moje plany nie sięgają dalej niż pierwsza połowa marca. Chwilowo mi z tym dobrze, bo zawsze za dużo planowałam, a za mało żyłam. Ale jutro mogę zmienić zdanie.

Dobrze podróżować chociaż palcem po mapie albo cofać się w czasie, czytając i chodząc po muzeum. To daje dobrą perspektywę. I. sprawdza prognozę pogody dla Syberii, kiedy jej zimno. Ja chodzę w tempie ślimaka po Fabryce Schindlera, słuchając wywiadu za wywiadem, czytając obwieszczenie za obwieszczeniem. A i tak nie rozumiem, jak oni to przeżyli. Powiedzieli, że jestem wolny, opowiada profesor, którego wywieziono do obozu koncentracyjnego. I zwraca się do przeprowadzających z nim wywiad: czy państwo kiedyś coś takiego usłyszeli?

Albo ci, którzy spędzili dwa lata w piwnicy. Niepojęte. Jak to zrobili, że nie zwariowali? Czy ludzie tamtych czasów mieli silniejsze umysły od naszych, rozpraszanych telefonami, internetami, nadmiarem informacji, przerażonych i bliskością, i samotnością?

Jak kiedyś będziemy wspominać ten czas – dziwny, ale przecież bynajmniej nie najdziwniejszy, ani tym bardziej nie najstraszniejszy w historii?

To jest wojna! Walczymy dalej! Pomóżcie nam, zamawiajcie na wynos – napis na szybie restauracji. Kilkanaście metrów dalej – niepozorny budynek, który w przeciwieństwie do instalacji artystycznej złożonej z krzeseł nie przyciąga zbytnio uwagi. Na tablicy w trzech językach (polski, angielski, hebrajski) zwięzłe wspomnienie o tych, którzy walczyli „o trzy wiersze w historii”. Że zginęli, to wiemy, ale czy wygrali, czy przegrali?

Nie zrozumcie mnie źle. Każdy ma takie troski i taką wojnę, w jakich czasach żyje. Tak się gra, jak przeciwnik pozwala. Tak się złożyło, że my też żyjemy w ciekawych czasach.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz