słowo na początek roku szkolnego

Reklamy
Opublikowano werbalnie, wizualnie | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jedyna nadzieja (oprócz zdrowego jedzenia)

Opublikowano wizualnie | Otagowano , | Dodaj komentarz

depesza z codzienności (800 słów)

„Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota, chociaż co do pierwszego nie mam pewności”, jak to ponoć rzekł Albert Einstein.

Jeszcze przedwczoraj oglądałam spadające gwiazdy, dziś znów praca, a w pracy trzeba odpowiadać na pytania – głupie, głupsze, i zgoła durnowate.

Ciekawe: ludzie przychodzą zadawać pytania i – przypuszczać by można naiwnie – otrzymywać odpowiedzi, a tymczasem większość z nich w efekcie poucza mnie. Jedna pani na ten przykład objaśniła mi dzisiaj, czym jest Dekalog. Być może zakładają klienci moi, że trzeba być zupełnie głupim, by pracować w miejscu, gdzie odpowiada się na pytania – głupie, głupsze, i durnowate.

*

W przerwie idę sobie postać w kolejce. Pierwsze dziesięć minut stoję zupełnie bez sensu, bo trzy najbliżej stojące osoby zapewniają solennie, że „jedna kolejka do wszystkiego”, ćwiczę zen, medytację, oderwanie od spraw ziemskich, nadrabiam zaległości na Facebooku, mając jednocześnie oczy szeroko otwarte dookoła głowy, by nikt się przede mnie nie wepchł, po czym dopiero co przybyła pani oświeca nas, w ogonie stojących, że kartę to się przy innym okienku odbiera, w dużo krótszej kolejce.

No i jak to się stało, żeśmy wcześniej na to nie wpadli? Splot niefortunnych okoliczności, pechowa kombinacja charakterów. Staczy kolejkowych można wyróżnić dwa typy. Bezczelny wepchnie się wszędzie, żeby nie wyjść na frajera, a Uprzejmy nie wepchnie się nigdzie, żeby nie wyjść na bezczelnego.

*

Idę po pracy do Świątyni Mamony, bo zamówienie do odbioru, a do tego jutro dzień niehandlowy, więc przydałoby się przy okazji zrobić zakupy jak na klęskę głodu, dalibóg, muszę przecież przeżyć do pojutrza rano. Co najwyraźniej i setki innych pomyślały, stoję zatem w kolejce mojej dzisiejszej numer dwa, a właściwie nawet trzy, jeśli policzyć z epizodu poprzedniego osobno krótszą i dłuższą. Skoro już stoję, to przecież się nie ruszę, nie ma głupich, a tymczasem pokusy i zachcianki atakują mój biedny skołatany umysł. Drożdżówkę! Piwo! Czekoladę! Ale nie ma bata, okopałam się na swoim miejscu w kolejce jak Szymon Słupnik na słupie, a zresztą i tak nie miałabym którą ręką sięgnąć po kolejną rzecz, bo obie ręce już dóbr pełne (koszyka nie wzięłam, bo przecież szłam po kilka rzeczy na krzyż). Takie to minusy bycia (niechby i chwilowo) singlem, samotnikiem, czy też lone wolf, samotnym wilkiem na łowach (nadchodzi, przypominam, całodobowa klęska głodu). Nastawiam ucha, o czym też para stojąca za mną (pokoleniowo 30<x<40, tak na oko) rozmawia. Jak wrócimy, to ty idź prosto do łóżka, mówi mężczyzna, a ja zrobię ci herbatę i rozwieszę pranie. Miód na moje uszy! Naładowana ową szlachetnością i prawdziwą ludzką miłością, doznaję olśnienia – to, czego mój skołowany się domaga, to żadna tam drożdżówka (niedobre cukry), piwo (niezdrowe + groźba uzależnienia) czy czekolada (tutaj to już same niedobre cukry, przykryte dla niepoznaki odrobiną mleka w proszku i miazgi kakaowej), ale poczciwy sok pomarańczowy, który to czeka na mnie przy kasie w schludnym 300-mililitrowym opakowaniu (niepotrzebna porcja plastiku dla planety, ale wyrzucę do recyklingu, obiecuję). Taki oto happy end moich zmagań z pokusami, nie muszę wchodzić na słup, bo potrafię wygrać walkę żmudną i trudną nawet w zatłoczonym supermarkecie.

*

Opuściwszy z nieskrywaną ulgą Świątynię Mamony, ruszam na poszukiwania najbliższej stacji rowerów. Coby po omacku nie szukać, włączam aplikację, a ta zdradza mi, że przy Pawiej jeden ostatni rower. Niech będzie zatem skrzyżowanie Szlaku i Warszawskiej (3 rowery), ahoj przygodo. Ruszam zatem przez okolice dworca, słabo mi znane, a zaskakująco modernistyczne. Znaczy się, dużo nowych budynków – dobro w moim miejscu pracy i zamieszkania rzadkie, czuję się trochę, jakbym znalazła się w innym, nieznanym mieście. Oczywiście po drodze wyrastają przede mną panowie montujący baner wegetariańskiej restauracji indyjskiej. Przecież ja nawet na stepie szerokim, którego okiem, wlazłabym na jakąś dhabę albo bazarek z kolczykami z podrabianego srebra. Kontrolny rzut oka w aplikację – został jeden ostatni rower! Rezerwuję. Wystarczy już przygód z ciężką torbą (zapasy jedzenia na całe 1,5 dnia!) na ramieniu. Docieram do stacji. Dwa rowery. Jeden zepsuty (świeci się czerwona lampka). Do drugiego próbuje właśnie dorwać taki na oko Latynos z domieszką, albo i przewagą, krwi rdzennej. Cześć, mówi na mój widok, i to całkiem porządnie mówi, żadne tam cheshch, tylko legitne polskie cześć z miękką nutą obcej wymowy. Masz rezerwację? Mam, mówię, przykro mi, a tamten drugi rower jest zepsuty. Może mi nie wierzy, może nie do końca rozumie, w każdym razie idzie do tego drugiego. Ale nic z tego. Tylko jedno z nas opuści tę stację na dwóch kółkach. No dobra, mówi on odchodząc, do widzenia. Cześć, odpowiadam, i ruszam piękną różowiutką ścieżką rowerową w stronę Starego Miasta. Wreszcie na rowerze, wreszcie na powietrzu, wolność, luz, i wiatr we włosach. Na Plantach z ławki ktoś intonuje „Jak długo na Wawelu”, takim tonem, jakim zwykle mówi się „aleszsz panje kjerowniku, tylko jedennn browar”.

*

3 kilometry rowerowej wolności i jestem u siebie. Późna kolacja, pewnie nie będę mogła spać. Tyle dobrego z tej (chwilowej?) samotności, że wreszcie piszę. Może powinnam Was spytać, Drogie Czytelniczki & Czytelnicy, jak Wy radzicie sobie z pokusami, i co robicie, gdy zbliża się niedziela niehandlowa lub inne straszliwe święto? Piszcie w komentarzach i śpijcie dobrze.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

kultura w Krakowie, albo: o tempora, o mores

Siedzę na koncercie organowym w bazylice Mariackiej. (Właściwie: organy i viola organista, co istotne dla dalszego rozwoju wypadków.) Obok mnie Rosjanka gra na komórce w grę. Przesuwa kolorowe kamyczki i zdobywa punkty. Rząd wcześniej miejscowi (na takich przynajmniej wyglądają, sądząc po nowohuckich strojach ludowych) zaczynają z nudów trząść ławką. Jako że ławki są połączone, to i u nas robi się jak w PKS-ie na drodze gminnej. Gdzieś w tle cicho pobrzmiewa smutny Francuz, Marin Marais. Jedna z organizatorek robi zdjęcia komórką, więc amerykańska turystka idzie w jej ślady, ba! nie fotografuje, ale nagrywa publiczność, kościół i organy. Nudy na pudy. Za to po koncercie – burza oklasków i tłum rzucający się z komórkami na niezwykły instrument. Konferansjerka powiedziała przecież, że pierwsze nagranie violi organista miało 3 miliony odsłon na YouTube’ie, a 3 miliony użytkowników YouTube’a nie mogą się mylić.

Na zewnątrz, po koncercie: bruk boleśnie nierówny pod deszczowym niebem. Taki krakowski wieczór.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

spotted: Planty

Stoją na rogu Plant, pan z szyną na łokciu i pani z torbą szmacianą, na torbie napis: „kocham – szanuję – pomagam”.

I kłócą się ze sobą strasznie, no drą mordy po prostu.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , | Dodaj komentarz

proza dnia codziennego. adrenaliny dawki poranne

Oczywiście właśnie wtedy, kiedy prześpisz dwa budziki, i musisz wybierać między prysznicem a śniadaniem, kiedy biegniesz do stacji Wavelo, żeby zgarnąć ostatni czynny rower, kiedy poświęcasz cenne trzy minuty, żeby wrócić na górę po długi rękaw, kiedy pędzisz, co koń, znaczy się – co rower wyskoczy, bo tak bardzo musisz zdążyć do pracy — właśnie wtedy tuż przed tobą na jezdni wyrasta pan w odblaskowej kamizelce, dzierżący równie trudny do przeoczenia znak STOP. I blokuje przejazd własnym ciałem, aby grupka dzieciaków z pobliskiej szkoły międzynarodowej mogła przejść przez ulicę. A jakiś mężczyzna (rodzic? sekretarz szkoły? reporter „Głosu Dzielnicy”?) z wielkim zaangażowaniem fotografuje wielkim aparatem całą scenkę.

A ja czekam. Czuję się trochę jak w filmie, jeszcze najlepiej po drugiej stronie powinien odjeżdżać pociąg, a w nim ukochany na zawsze oddalający się. Ale nie, to tylko proza dnia codziennego.

PS dla zatroskanych: do pracy zdążyłam.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , , | 2 Komentarze

kto rano wstaje… (a kto nie)

Dochodzi dziesiąta i zdążamy do miasta – dorożkarz, meleksiarz, i ja, od niedawna przewodniczka po mieście. Branża turystyczna może i dłużej sypia, ale za to później kończy pracę. Coś za coś. Albo śniadanie na luzie, albo popołudniowa kawa ze znajomymi. Albo nuda w korpo, albo codzienna adrenalina i łapanie okazji.

Czy miasto żyje w z turystów? – zapyta mnie później jeden z nich. Po krótkim namyśle potakuję. Jest sobota i ciężko się przebić przez miasto, parasol przy parasolu. Żółty parasol mówi po niemiecku to, co zielony przed chwilę powiedział po angielsku, a czerwony powtórzy po włosku, kiedy zwolni się miejsce pod tablicą. Cóż poradzić, że najciekawsze rzeczy są do zobaczenia w najwęższych ulicach.

Ale póki co jest słoneczny poranek i tramwaj wiezie mnie przez Zwierzyniec i obwodnicę Starego Miasta. Jeszcze się wszystko może zdarzyć. Może nikt nie przyjdzie. Może ktoś naciśnie magiczny guzik i na jeden dzień z miasta znikną wszyscy turyści. Tęsknilibyśmy?

Opublikowano werbalnie | Otagowano , | Dodaj komentarz