To mógłby być miły dzień.

Niedziela pracująca. Jestem niewyspana po raz siódmy w tym tygodniu i przynajmniej dziesiąty dzień z rzędu. Jak widać, nie wystarczy konsekwentnie wstawać wcześnie, żeby organizm się przyzwyczaił. Trudniej ogarnąć najprostsze czynności pod słońcem – zasypianie, wstawanie, oddychanie – niż nauczyć się kolejnego języka albo kolejnego muzeum.

Ale jednak wstałam i pojechałam na drugi koniec miasta. Na tyle rzadko oprowadzam po Fabryce Schindlera, że potrafię ją jeszcze docenić. To naprawdę dobra wystawa, zwłaszcza, jeśli nie ma na niej dzikich tłumów. A w połowie pandemicznego stycznia nie ma. Moja grupa jest mała, sympatyczna i zainteresowana. Zadają sporo pytań, więc wiem, że nie mówię w próżnię. To mógłby być naprawdę miły dzień.

Oczywiście wystawa w Fabryce to Kraków czasów okupacji, to historie życia i śmierci. Nasze problemy mierzone ich miarą są bardzo małe i śmieszne. Ale, po pierwsze, to banał, po drugie, nikt jeszcze nie poczuł się szczęśliwy od tego, że uświadomił sobie, że bywało i bywa o wiele gorzej niż w jego własnym życiu. Tak czy inaczej, niemal za każdym razem wychodzę z Fabryki z pytaniem: co sprawiało, że ludzie wygnani z domów, pozbawieni wolności, intymności, jedzenia, łamiący absurdalne przepisy niemal każdym oddechem i każdym krokiem – co sprawiało, że żyli, że się nie poddawali? Żyli resztkami sił, a kiedy te resztki się kończyły, żyli dalej, jechali na paliwie, którego nie było, nie odpuszczali, bo musieli koniecznie przetrwać – dla dzieci, dla rodziców, dla świata, żeby opowiedzieć o tym, czego doświadczyli?

Niektórzy ocaleni to osoby tak pogodne i promieniejące, że aż ciężko w to uwierzyć. Jakby wierzyli, że życia cudem ocalonego nie można przeżyć byle jak.

Ale dziś od rana siedzi mi w głowie Tadeusz Borowski. To ten, którego opowiadania oświęcimskie czyta się w szkole, a przynajmniej czytało się, kiedy chodziłam do gimnazjum. Borowski „w obozie był bardzo zmobilizowany psychicznie, żadnych czarnych myśli, żadnych depresji” (słowa jego ukochanej i późniejszej żony, Marii). Sześć lat po wojnie odkręcił gaz w swoim mieszkaniu. Przetrwał piekło na ziemi, dla niej, Marii. A potem w normalnym świecie (o ile można tak nazwać Polskę epoki stalinizmu) nie wytrzymał.

Przeszłam przez Plac Bohaterów Getta i idę nad Wisłę. Przez krótką chwilę wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Słońce świeci, ludzie piszą miłe rzeczy na oszronionych samochodach, płynie rzeka, a rzeką płyną łabędzie. I takie ładne czarne kaczki z białą plamką na czole, których chyba wcześniej tu nie było. Ale mogę się mylić, dawno nie szłam bulwarami. Jestem zadowolona z siebie, że nie wsiadłam do tramwaju zaraz po pracy. „WIĘCEJ SPACERÓW, MNIEJ KAWY„.* Tak, wyjątkowo nawet nie wypiłam rano kawy. I tak niezbyt działa. Krokomierz pokaże później ponad 7 tysięcy, czyli ok. 4 km. To mógłby być miły dzień. Mogłyby ten dobry nastrój i poczucie sensu starczyć chociaż do wieczora.

Ale przecież tak nie będzie. Najpóźniej za kilka godzin będę znowu cała czarną beznadzieją, jakbym łyknęła podwójny szot smogu, jakby zgasło we mnie światło, jakby serce zamieniło się w sopel lodu. Chyba jakaś część mnie faktycznie zamarzła. Przez pandemię? Dorosłość? Samotność? Łabędzie patrzą na mnie z wyrzutem, że nic im nie przyniosłam do jedzenia. Z pobłażaniem i z zazdrością jednocześnie myślę o sobie sprzed 10-15 lat, której wydawało się, że każda jej myśl jest godna zapisania, a każde odkrycie genialne. W międzyczasie pogodziłam się z tym, że świat nie usłyszy o mnie jako pisarce, kompozytorce, tłumaczce, czy kim tam jeszcze wybitnym planowałam zostać. Uznałam, że lepiej być jak Małysz, który chce tylko oddać dwa dobre skoki, jak piekarz, który chce upiec dobry chleb i iść do domu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Bez przebłysków i bez katuszy, które cierpią zapoznani geniusze. Miało być miło i spokojnie.

Kilka lat później idę zakolem Wisły, jest pięknie i słonecznie jak na styczeń, spędziłam dwie godziny w pracy, która miała sens, ale to nie będzie miły dzień. Kilkanaście? kilkadziesiąt? kilkaset? poprzednich też nie było. Wszystkie wiadomości z kraju i ze świata są złe, a z historii wiemy, że może być jeszcze gorzej. Nitki łączące mnie z rzeczami, osobami, sprawami, dla których warto żyć, są coraz słabsze. Ale może dramatyzuję, może to tylko bezsenność i niedobory witamin D3 i B12. Znowu myślę o Borowskim. Miał wtedy 29 lat.

*Cytat ze wspaniałego wiersza Stanisława Barańczaka „Drogi kąciku porad”, tutaj całość pierwszej strofy:

Drogi kąciku porad, choć z natury
spokojny, wpadam wciąż w depresję, widząc
krew. Późny wieczór, włączam telewizor:
znów akt terroru, trupy dzieci. (KTÓRY
Z NAS, TELEWIDZÓW, NIE ZNA TAKICH ZGRYZOT!/)
Snu! (LECZ NIE NASZĄ JEST WINĄ PONURY
I KRWAWY/ BIEG SPRAW ŚWIATA.) Po raz wtóry:
Chcę spać! (WYSTARCZY SPOKÓJ, KILKA WIZYT /
U TERAPEUTY.) Wieczna bieganina
sanitariuszy, dym z ruin, kobiety
załamujące ręce: czy świat zapomina
o nas, niewinnych, których nie ciekawi
zło? W rezultacie dręczy mnie, niestety,
bezsenność. (WIĘCEJ SPACERÓW, MNIEJ KAWY.)

Opublikowano książki, obrazy, słowa | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

impresje czytelnicze: Bufet pod Kombinatem

Niedużo tego zostało. Jest słynna Stylowa przy alei Róż. Nie wynosi się z niej już schabowych dla Lenina, bo Lenina od zimy 1989 w alei nie ma. Jest za to miniaturka pomnika, bo tego oczekują turyści, a od niedawna też przezrocza na ścianie z archiwalnymi zdjęciami. Ale i tak najlepszy był szok kulturowy moich amerykańskich turystów, kiedy zepsuł się ekspres i dostali najprawdziwszą polską kawę po turecku. (Czytam tymczasem, że ta autentyczna „kawa po turecku” to metoda parzenia wynaleziona w XV wieku w Jemenie. Bądź tu mądry i pisz wiersze!) Tak, w Stylowej zasadniczo można spotkać dwie kategorie ludzi: zagranicznych turystów, którzy chcą komunę nie tylko zobaczyć, ale też poczuć; oraz lokalsów, dla których szklanka piwa przed południem nie stanowi faux pas. Nie ma czemu się dziwić, skoro – jak czytam w „Bufecie…” – kilku- a nawet kilkunastoprocentowych napojów nie klasyfikowano kiedyś jako alkoholu.

Tak, to były inne czasy i inaczej smakowały, o czym ładnie i ze zdjęciami opowiada katalog wystawy w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa-Dzieje Nowej Huty (2017). Oczywiście nie było takich samych czasów w 1945 i w 1980. Na początku miało być egalitarnie i racjonalnie. Wytępiono prywatne, „burżuazyjne” restauracje. Otwarto (w Warszawie, nie w Krakowie) Instytut Naukowo-Badawczy Handlu i Żywienia Zbiorowego. Zamiast przepisów były receptury. A na gruncie lokalnym: w Nowej Hucie, w idealnym mieście socjalizmu, miał być bar mleczny, przepraszam: punkt żywienia zbiorowego na każdym osiedlu. Kobiety, zamiast stać przy garach, miały budować nową stalową Polskę. (Z wyjątkiem, rzecz jasna, kobiet, które tę nową Polskę i budującą ją w pocie czoła klasę robotniczą obsługiwały – w barach mlecznych, stołówkach robotniczych, w tzw. kasynie Huty im. Lenina.) W barach mlecznych nie było raczej sztućców na łańcuchu, ale nie było też krzeseł. Jadło się szybko i sprawnie. Ładowało się pożywienie do żołądka jak paliwo do maszyny (porównanie z epoki, nie moje). Kawy przeciętny człowiek socjalistyczny pił mniej przez rok niż ja w ciągu dnia. No chyba że mówimy o kawie zbożowej.

Niektórzy to jeszcze pamiętają, niektórzy woleliby zapomnieć, my, młodsi, możemy sobie tylko wyobrażać. Gdzie była kraina latających kufli? Gdzie otwarto pierwszy w powojennej Polsce bar mleczny? Ile obiadów można było zjeść za przeciętną wypłatę? Które nowohuckie wnętrze restauracyjne było najpiękniejsze? Nie zdradzam, przeczytajcie „Bufet w Kombinacie”. Albo przyjdźcie kiedyś na oprowadzanie.

Opublikowano książki | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

impresje podróżne: Sandomierz

Rynek w Sandomierzu jest tak krzywy, że krakowski ze swoim raptem 2-metrowym pochyleniem może się schować. Wyprawa z jednej strony na drugą to prawdziwa wspinaczka. Albo, jeśli z drugiej na pierwszą, to upadek.

Dwa dni w Sandomierzu wystarczą, żeby mieć dwa ulubione lokale. Jeden z jednej, drugi z drugiej strony Rynku. Tak się składa, że ten drugi mieści się w tej samej kamienicy, co Muzeum Ojca Mateusza. Miasto reklamuje się serialem, jak może. Stopień oficjalności pamiątek można mierzyć podobieństwem księdza na magnesie do księdza na ekranie telewizora.

Szkoda mi 17 złotych na muzeum z serialowymi figurami woskowymi, wolę iść do Domu Długosza. Już z zewnątrz ładnie. Miłe średniowieczne ściany. Dołem kamień, górą cegła – dwukolorowa, zygzak z zendrówki, czyli że na bogato. Kamienne obramienia okien i drzwi.

W środku jeszcze lepiej. Groch z kapustą w najlepszym wydaniu. Ząb mamuta i stopa słonia. XIX-wieczna bułka. Rękawiczki królowej Jadwigi i włosy Napoleona. Książki z drzew i miniaturowe wydania Mickiewicza (do zabawy czy do przemycania „za kordon”?). Prehistoryczne siekierki obok kafli piecowych i XVIII-wiecznych obrazków. Rzeczy błahe i rzeczy święte.

Niczym niezmącony zachwyt i zaduma nad potęgą ludzkiego umysłu. To niebywale demokratyczne zestawienie: średniowieczne zabytki, manuskrypty, bezcenne ornaty – a obok nich XIX-wieczne barachło, talerzyki i zabobony. Dokładnie jak w życiu. Nie samym chlebem żyje człowiek (a tym bardziej nie samą zeschniętą bułką z czasów wojny z Moskalem), ale też nie samą sztuką wysoką. Tak, Dom Długosza to jedno z najbardziej ludzkich muzeów, w jakich byłam.

Jest też synagoga i cmentarz żydowski. Chciałam napisać „oczywiście”, ale przecież nie ma w tym nic oczywistego. Mogli spalić, zniszczyć, rozkraść. Oczywiste jest to, że ja szukam takich miejsc w każdym mieście, które zwiedzam. Odruch, który wszedł mi w krew. No więc w Sandomierzu są. Ćwierć miasta nie zginęło tak zupełnie bez śladu. Synagoga się przydała, jest w niej teraz archiwum państwowe. Daleko nie trzeba szukać – w samym centrum miasta, przy ulicy Żydowskiej. Za to na cmentarz trzeba iść dalej, wyjść poza bramę miejską i strefę komfortu. Spomiędzy mchu i liści wyłaniają się litery i symbole. Śmiałe lwy, rącze jelenie, dłonie kapłanów i świece kobiet.

Są też cmentarze katolickie i wojenne. Są kościoły. Np. dominikański św. Jakuba, stary, ceglany, z piękną romańską plecionką, kryptą męczenników, i młodopolskimi polichromiami. Jest katedra, też pięknie malowana. Jest krzemień pasiasty, który do czasów powstania serialu o ojcu Mateuszu był główną dumą miasta i towarem eksportowym. Jest zamek, niby kazimierzowski, chociaż nie jestem pewna, czy chociaż jedna cegła pamięta Kazimierza. Jest słynna wąziutka furta, czyli Ucho Igielne. Jest piękny ratusz z attyką, chwalący się zgodą sandomierską, czyli XVI-wiecznym porozumieniem ponad podziałami (religijnymi). Są podziemne piwnice, przez które miasto o mało co nie zapadło się pod ziemię. Jest wzgórzyście, przytulnie i małomiasteczkowo. Wszystkie drogi prowadzą na Rynek. I co z tego, że krzywy.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

impresje podróżne: Susz / Rosenberg

Rynek w Suszu przypomina kogoś, kto stracił w bójce część uzębienia, ale nie lubi dentystów tak bardzo, że woli chodzić po świecie szczerbaty, niż wstawiać plomby. Jak tak można, myślę sobie z krakowską wyższością, czy taki nie do końca zabudowany kwadrat zasługuje w ogóle na miano rynku? Nawet na mapie nie nazywa się Rynku, tylko ulica Stare Miasto.

Niepojęty jest też brak rynku w drugim znaczeniu – placu targowego. Ściślej rzecz ujmując: place są, ale handlu na nich nie ma. Wszystko kupuje się w Polo albo w Biedronce. Trzyma się jeszcze kilka małych sklepików, ale pewnie już niedługo.

Na załatanie pustki wokół rynku nie ma pieniędzy. Znalazły się na wymianę nawierzchni w rynku, centrum zarządzania kryzysowego (dla niezorientowanych: budynek straży pożarnej i pogotowia), brukowaną alejkę wokół jeziora i nowy dworzec kolejowy. Z powyższych inwestycji najbardziej kuriozalne wrażenie robi ta ostatnia. Drzwi otwierają się jedynie automatycznie, to jest po naciśnięciu guzika. Wielu starszych suszan skutecznie odstrasza to od wchodzenia do środka. No bo co, jak człowiek wejdzie do środka i automat już go nie wypuści? Jeśli jednak pokona lęk i wejdzie do wnętrza, zobaczy co następuje:

elektroniczną tablicę z rozkładem jazdy;

toalety damską i męską, obydwie przystosowane dla niepełnosprawnych;

kasę, opisaną po polsku i angielsku („kasa/tickets”), a na niej przyklejoną kartkę A4, na której napis flamastrem głosi: „kasa nie czynna (sic!), bilety u konduktora pociągu”.

Ach tak, jest jeszcze kilka krzeseł. Można usiąść i zadumać się nad tym dworcem za grube europejskie pieniądze, na którym nawet biletów nie da się kupić.

Tyle o nowoczesności w Suszu. Teraz historia. Są w niej pogańscy Prusowie, Krzyżacy, polskie Prusy, niemieckie Prusy, epidemie dżumy i cholery, budowa tartaku i wodociągów, podobóz obozu koncentracyjnego, „wyzwolenie” przez Armię Czerwoną. Doszczętnie zniszczone miasto przemianowało się z Rosenberga (święta Rozalia jest jego patronką) na Susz, jakby chciało zmylić ślady, żeby wygnani stąd Niemcy na pewno nie wrócili.

I chyba faktycznie nie wracają. Bo i do czego? Poniemieckich domów jest raptem kilka. O rynku już pisałam. Ostał się kościół, ale zmienił się z ewangelickiego w katolicki. A jezioro? Czy Jezioro Suskie wygląda tak samo jak Rosenberger See?

PS. Byli też Żydzi. Wyjechali jeszcze przed wojną. Zachowała się ceglana XIX-wieczna synagoga (obecnie siedziba muzeum regionalnego, czynnego – nie zmyślam – raz w miesiącu przez cztery godziny). Na terenie żydowskiego cmentarza zbudowano osiedle. Kamienie nagrobne już wcześniej przerobiono na rzeczy w powojennej polskiej biedzie bardziej przydatne.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , | Dodaj komentarz

już nie, jeszcze nie

Prawie wszyscy, których znam, za dużo pracują. Ze mną i tak nie jest tak źle. Pamiętam, kiedy ostatnio miałam wolny dzień – dwa tygodnie temu. Ale dla pewności sprawdziłam w kalendarzu, czy naprawdę.

Podobno jesteśmy roszczeniowi i nie chcemy za dużo pracować, chcemy work-life balance. Chociaż nie, to chyba jednak nie my, tylko kolejne pokolenie.

Czy lubię swoją pracę? Tak. Czy chciałabym mniej pracować? Tak. Czy powinnam mniej pracować? Chyba tak. Czy wiem, co ze sobą zrobić, kiedy nie pracuję? Nie do końca. Zwykle, kiedy mam wolne, to moi przyjaciele pracują. I tak to się kręci. Nie ma żadnego balansu, nie ma zbyt wiele życia poza pracą. Życie poza pracą jest jakieś takie blade.

Na zewnątrz niewiele powyżej zera. Zło przesącza się przez nawiewniki. Nawet herbata stygnie szybciej niż zazwyczaj. Zima to zło. Ciemność, zimno, wiatr. Mniej pracy. Niepewność. Zresztą czy od marca 2020 cokolwiek jest pewne? To dlatego tak ciągle pracujemy. Bo za chwilę pracy też może nie być. Może niczego nie być. A zatem carpe diem, trzeba chodzić do knajp, póki działają, oprowadzać turystów, póki są, chodzić pieszo po mieście, dopóki nogi są sprawne. Robić zdjęcia, póki starcza pamięci w telefonie. A właśnie przestaje starczać, więc złoszczę się i przerzucam z pustego w próżne, z pamięci na dysk, z dysku na dysk twardy i tak dalej. Tyle tego cyfrowego śmiecia, którego żal się pozbyć. Wakacje sprzed kilku lat. Zdjęcia ciekawych fragmentów z książek. (Kiedyś przepisywałam długopisem do zeszytu, teraz fotografuję.) Zrzuty ekranu – ciekawe fragmenty internetu (po co, przecież internet nie zniknie?). No i wszelkiej maści widoki z miasta – napisy na ścianach, butelki po alkoholu pozostawione w dziwnych miejscach, zaskakujące zestawienia reklam, śmieci, chodniki, zabytki. Wielu ludzi robi takie zdjęcia dużo lepiej, bardziej profesjonalnie ode mnie. Wstyd publikować moje gdziekolwiek. Ale i tak ciężko zdobyć się na wciśnięcie „usuń”.

Pomiędzy wycieczkami szybki rajd za sprawunkami i obiad w Chimerze, który kiedyś (PRZED) był stałym punktem dnia. Zjadałam te zestawy sałatkowe w biegu i zawsze mi smakowały. Teraz jakby mniej. Może mi się po długich pandemicznych godzinach w kuchni wyszlachetniło podniebienie, a może oni w czasach kryzysu oszczędzają na przyprawach. Może żadne z powyższych. Może po prostu „już nigdy nie będzie takiego lata”. Ale uspokajająco działa na mnie samo istnienie Chimery. Znane stoliki (teraz tylko stojące w większych odstępach od siebie), obrazki na ścianach, piękne lampy w korytarzu. Przewidywalna muzyka. Muszą być takie miejsca, w których się je od 20 lat (tak!), i które prawie w ogóle się nie zmieniają. Właściwie to mam nadzieję, że Chimera mnie przeżyje. Niech będzie chociaż tyle pewnego w tym morzu, w tym oceanie niepewności.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

smętne kawałki na inaugurację sezonu grzewczego

Nie było jeszcze jesieni, a już jest zima – mówi pani, która sprzedaje falafele, i trudno się z nią nie zgodzić. Siedzimy we dwie w lokalu, ona za ladą, ja przy stoliku. Jest tak pusto, jak pusty może być tylko Kazimierz w poniedziałkowe popołudnie.

Oczywiście są różne pustki. Czytam sobie teraz „Wschód” Stasiuka, jest tam Mongolia, jest pustynia Gobi, i tam, kiedy raz na dzień trafi się dwójka pasterzy w jurcie, to już jest tłoczno. Ale krakowski Kazimierz ma swoją miarę pustki, i jest nią jego zwykłe nasycenie i weekendowe przesycenie. Tutaj jedzenie w pustej knajpie ma w sobie coś dziwnego, niemal niestosownego. Jakbym złamała jakąś niepisaną zasadę, przychodząc tutaj w poniedziałkowe popołudnie. Jakby ten czas był zarezerwowany dla kogoś innego (dla duchów?). Jakbym na siłę próbowała naśladować melancholijne klimaty Stasiuka albo Pilcha.

Zaczyna się ta pora roku, w której poruszanie się po świecie i załatwianie prostych życiowych czynności wymaga sprawności wielorękich indyjskich bóstw. W jednej urękawiczonej dłoni trzymam parasol, w drugiej termos, cieknący nos domaga się chusteczki, którą wyciągam z kieszeni trzecią ręką, czwartą sprawdzając rzeczy w telefonie. No i piątą płacę za falafela. Zagubiona słowiańska emanacja bogini Kali. A jak Kali się zdenerwuje, to was wszystkich zje. Na gruzach wszechświata zatańczy Śiwa. Nie wiadomo, czy Brahma zdoła po tym wszystkim po raz kolejny odtworzyć wszechświat. Może zresztą wcale nie będzie mu się chciało. Komu by się chciało w taką pogodę.

Opublikowano książki, obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

urywki

1. Ulica Dajwór, Kazimierz. Kręcą film historyczny. Aktorzy w kostiumach, staroświeckie szyldy zasłaniają współczesne. Z wyjątkiem masali, o której najwyraźniej ktoś zapomniał.

2. Plac świętego Ducha. Zegary z nazwami miast. Turyści zwracają mi uwagę, że krakowski spóźnia się o pół godziny. Trudno o czytelniejszy dowód, że tutaj czas płynie wolniej.

3. Wzgórze Wawelskie. Mijam małą grupkę Polaków. Jeden mężczyzna, na oko nie więcej niż 40 lat, mówi bardzo, bardzo poważnym tonem: Starość jest straszna.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

powroty

Ciężko się wraca. A co dopiero z Podlasia. Jest zupełnie inne od Małopolski – płaskie jak naleśnik, a jego zieleń to inny odcień zieleni. Zamiast chłonięcia zabytków – tysiącletnich kamieni, stuletnich cegieł udatnie naśladujących średniowiecze, gadających renesansowych portali – datowanie drzew. Ten świerk ma pewnie około dwustu lat, mówi z mądrą miną nasz przewodnik po puszczy. Kora, obwód pnia, wysokość, runo leśne – to wszystko mówi do niego jak do mnie cegły, kamienie i portale. Ciekawe, ciekawe.

Ale nie tylko puszcza, nie tylko przyroda. Wioski piękne, harmonijne. Domy o prostych proporcjach, ale w tej prostocie jest geniusz. Nic nie kłuje w oczy. Czasem wyłoni się pięknie pomalowany róg albo okiennica. I jeszcze te krzyże na końcach wsi. Nie celebrują cierpienia, tylko proszą o pomyślność dla mieszkańców. Krzyże wieloramienne, rzecz jasna, prawosławne. Na nich napisy, które nie do końca umiem przeczytać. Nieudolnie składam literki, muszę prosić o tłumaczenie. Śmiesznie – w Delhi i Jerozolimie przeczytałabym wszystko (a przynajmniej wszystkie litery), a jadę na wschodnie krańce swojego kraju i czuję się analfabetką. Cerkwie są dla mnie bardziej egzotyczne niż hinduistyczne świątynie.

Do granicy bliziutko, a więc nie ma zasięgu w telefonie. Nie ma internetu. I chyba to jest najlepsze. Nie, nieprawda, wiele rzeczy jest najlepszych. I na szczęście telefon mi ich nie zasłania. Wracam z przewietrzoną głową prosto w ziąb i ulewę. W kaloszach oprowadzam zmarzniętych, ale dzielnych turystów. Nie mam weny do tego, żeby zachwalać im krakowskie zabytki. A jedźcie wszyscy na Podlasie, tam lepiej odpoczniecie.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , | Dodaj komentarz

więcej światła! (powiedział Goethe i umarł)

Gorlice promują się jako miasto światła. To tutaj, w latach 50. XIX wieku, za sprawą aptekarza Ignacego Łukasiewicza, zapłonęła pierwsza na świecie uliczna lampa naftowa. Ale bądźmy szczerzy – współczesne Gorlice nie robią świetlistego wrażenia. Czym może świecić miasto, które po wielkiej bitwie w 1915 wyglądało jak Warszawa w 1945, a w 1942 zabrano mu połowę mieszkańców i spalono w Bełżcu (obyło się bez protestów ze strony drugiej połowy)? Ja promowałabym Gorlice jako miasto cmentarzy, bo w tej dziedzinie naprawdę mają się czym wykazać.

Większość mieszkańców zagląda głównie na komunalny. Ja zresztą też, bo sukcesywnie przenoszą się tam kolejni członkowie rodziny. Oprócz wypełniania zobowiązań towarzyskich podziwiam nagrobki z XIX i początków XX wieku, imponującą alejkę grobów dziecięcych (przepych kamienia jako wynagrodzenie za te wszystkie nieprzeżyte lata), nieco przerażający pomnik powstańców styczniowych z ułamanym krzyżem (ułamał się podczas ostrzału artyleryjskiego w czasie wielkiej bitwy i zostawiono go tak ku przestrodze, ale czy zdołał kogokolwiek przed czymś przestrzec?). Ostatnio wycięto trochę starych drzew, więc w upalny dzień można by się pokusić o powtórzenie słynnego eksperymentu z krzeszowickiego rynku. Gdyby nie to, że na cmentarzu nie wypada, rzecz jasna, smażyć jajecznicy.

Ale komunalny to nie wszystko, to dopiero wstęp. Tamta połowa miasta, do której bardzo źle było należeć w 1942, oczywiście nie ma grobów. Ale przecież gdzieś muszą być groby ich przodków.

O ile widoczny powyżej kamień pamiątkowy jest w samym centrum miasta, o tyle do cmentarza żydowskiego trzeba się już pofatygować dalej. Ale warto. Sam cmentarz wygląda jak większość żydowskich cmentarzy w Polsce, tzn. gdyby nie ogrodzenie i napis, łatwo byłoby go przeoczyć. Ale obok jest – jak to właściwie nazwać? – chyba lapidarium. Zbiór macew w różnym stopniu zachowania, zainstalowanych wewnątrz i na zewnątrz konstrukcji w kształcie gwiazdy. Z kamiennych płyt i kamiennych okruchów patrzą na nas ptaki, lwy, świece, i litery. Wiele nagrobków opatrzono polskimi tłumaczeniami tego, co się zachowało, i co się udało odczytać.

Późno to wszystko przyszło, bo sprawa jest bardzo świeża, ale lepiej późno niż wcale. Jeśli ktoś z drugiego albo trzeciego pokolenia przełamie się i przyjedzie do Gorlic, to mam nadzieję, że trafi tam mimo braku drogowskazów. A jeszcze większą nadzieję mam, że trafi tam ktoś z drugiego albo trzeciego pokolenia tych, którzy w 1942 nie chcieli ani nie mogli nic zrobić. Tak jak ja trafiłam. I też poduma nad tymi kamieniami i się nimi pozachwyca.

To nadal nie wszystko, bo w Gorlicach oprócz pierwszej lampy naftowej, ładnego cmentarza komunalnego, obrzydliwych fabryk, pięknego żydowskiego lapidarium, i przeciętnie znośnych bloków jest jeszcze kilka cmentarzy wojennych. Ale o tym już następnym razem, bo kto by takie długie wpisy czytał.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

wróciło

Wróciło życie. Nie wiadomo, na jak długo, ale wróciło. Po kilku weekendowych wycieczkach i niesamowitych rozmowach z ludźmi z całego świata mam w sobie mnóstwo pozytywnej energii. Tyle, że aż mam ochotę wysłać ją sobie samej ze stycznia, żeby przywrócić jej chęć do życia.

I chyba mi się udaje, bo kilka godzin później mam zupełnie rozładowane baterie. Boję się zasnąć, bo kiedy się obudzę, będzie poniedziałek, a ja nie mam siły na kolejny poniedziałek i kolejny tydzień. Do piątku tak daleko. A co, jeśli w międzyczasie świat znowu się zamknie? Nie mam siły na kolejne zamknięcie świata.

Jestem wściekła na siebie, że zawsze muszę tyle myśleć. Że potrafię sobie zepsuć każdą radość. Że szukanie dziury w całym tak dobrze mi wychodzi. Ale podoba mi się ta absurdalna koncepcja podróży w czasie. A może naprawdę wysłałam tę energię w przeszłość i uratowałam się przed czymś strasznym? A może przez kilka ostatnich miesięcy żyłam na kredyt i teraz po prostu wyrównuję rachunki? Kilka łyków każdego letniego piwa w ogródku jako ofiara dla bóstw ciemności. A już piwo pite na tarasie, z którego, jeśli się wychylić, widać stary żydowski cmentarz, należy im się bez żadnych dyskusji. Weźcie swoją porcję i nie podchodźcie zbyt blisko. Dajcie jeszcze trochę pożyć. Pożyć na kredyt, pożyć na zapas? To się dopiero okaże.

Opublikowano obrazy, słowa | Otagowano , , , | Dodaj komentarz