bezpłatna pomoc filozoficzna

jest byt niebytu nie ma

Zagubionym przypominam podstawowe prawdy, jak ujęła je ręka nieznanego mędrca na ścianie przy ul. Grodzkiej.

A na przeziębienie cytrusy, imbir, czosnek, i kleik z siemienia lnianego.

Reklamy
Opublikowano werbalnie | Otagowano , | Dodaj komentarz

erzac

Na trasę autobusu zastępczego wjechał autobus rezerwowy.

Autobus za autobus za tramwaj.

Erzac erzacu.

Martwy naskórek dawnych uniesień.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , , | Dodaj komentarz

zima w Krakowie

Słońce pokazało się wreszcie, ale znika już za winklem. Wkrótce zniknie i za horyzontem, a ja nie będę go gonić. Wolny dzień sponsoruje ZUS.

Siedzę więc przy tych resztkach słońca, które jawią mi się absolutnie wspaniałe, magnifique, po tygodniu chyba (albo i więcej) oglądania nieba wiecznie zachmurzonego i naburmuszonego. Naburmuszone niebo to naburmuszeni ludzie, a więc niedobrze, niedobrze. Aż zaniemówiłam od tej szarości, i to zaniemówiłam najzupełniej dosłownie. Wizyta w przybytku nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej iście slapstickowa (Co pani dolega? – Nie mogę mówić. – Aha, aha… Jak się pani nazywa? – [chrypię, jak się nazywam] – Proszę mówić głośniej! – Kiedy ja właśnie nie mogę mówić… i tak dalej).

Stosowne zaświadczenie powędrowało drogą elektroniczną (iście nieprzystającą do metryki i temperamentu pani doktor) pod stosowny adres, a ja siedzę niniejszym na kanapie, łapię ostatnie promienie – jako się rzekło – słońca, zaprzyjaźniam się z nowym laptopem, kopiuję nań zdjęcia (w paczkach po 1-2 tysiące), nasłuchuję dobrodusznego pomrukiwania zmywarki, i zbieram, podczytuję sobie różne krakowsko-historyczne tematy.

Na przykład o szpitalu św. Ducha. Tak się oburzano jego rozbiórką, Matejko zapowiedział, że w mieście, w którym się takie barbarzyństwa wyprawia, więcej swoich obrazów wystawiać nie będzie, a tymczasem kościół z klasztorem i szpitalem, jaki jawi się na przedrozbiórkowych fotografiach Kriegerów… nie powala zupełnie. Może nasz wielki malarz w wizjonerstwie swoim szpital widział piękny i odrestaurowany, ale te poduchackie rudery na zdjęciach… – jedyna ich wartość chyba w tym, że są stare. Poduchackie, bo ostatni duchak zmarł w Krakowie przeszło sto lat przed rozbiórką, a pięć lat po kasacie polskiej prowincji zakonu. Szpital ani klasztor nie spełniały zatem już swojej roli, a wybudowany na pozyskanym w wyniku rozbiórki terenie teatr okazał się, owszem, całkiem przydatny. Jak przytomnie zauważa jeden z krakowianistów, gdyby rozbiórki potyczyły się inaczej (czytaj: nie potoczyłyby się wcale), być może nowoczesny teatr miejski nie powstałby w Krakowie do dzisiaj.

O Kriegerach, urzędujących od 1864 na rogu Rynku Głównego i Świętojańskiej, naprzeciwko bliskiego memu sercu Feniksa, którego rzecz jasna w czasach Kriegerów jeszcze tam nie było. Wprowadzili się tam w samą porę, by jeszcze sfotografować Kramy Bogate (niewyglądające już bynajmniej na takie), które miały zniknąć w 1868. Nie wiemy, kto nacisnął spust, unieśmiertelniając bezcenną z historycznego punktu widzenia ruderę, ponieważ jako „I. Krieger” sygnowali zdjęcia wszyscy troje – ojciec Ignacy, córka Amalia i syn Natan. Nie jestem pewna, jakie były dalsze losy tej żydowskiej rodziny, przybyłej do Krakowa gdzieś z okolic Wadowic. Amalia przekazała olbrzymie zbiory miastu (które długo nie potrafiło takiego skarbu docenić) – czy dlatego, że w rodzinie nie miał kto się nimi zająć? 11 lat po jej śmierci wybucha II wojna światowa, hekatomba narodu żydowskiego pochłonie większość krakowskich przedstawicieli tej nacji, niezależnie od stopnia zasymilowania i zasług dla „praniemieckiego” miasta. U jednego z autorów czytam o „odnalezieniu” grobów Ignacego (Izaaka) i Natana na nowym cmentarzu żydowskim przy Miodowej. Czy tak skutecznie przykrył ich mrok niepamięci, że trzeba ich było odnajdywać?

O wagach, o uniwersytecie, o wędrującym po mieście pomniku Kopernika… ale o tym może już następnym razem.

220px-Sukiennice_c.1870

Zdjęcie pochodzi ze spuścizny Kriegerów i przedstawia Sukiennice już po wyburzeniu stojących obok Kramów Bogatych, ale przed renowacją Prylińskiego, która nadała im współczesny kształt.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

impresje szpitalne

Pobyt w szpitalu tudzież przychodni nie ma zbyt wielu plusów (wychodzi się zdrowym – mógłby powiedzieć ktoś dowcipny), również dla mnie kilka godzin spędzonych w przychodni specjalistycznej (a zwłaszcza na korytarzu tejże) nie było szczególnie radosnych, ale za to smaczki, które można było podsłuchać tylko tam – bezcenne.

Numer 1: pani pielęgniarka, która zasłużyła absolutnie na Grand Prixik w kategorii Zdrobnionek. Panie Marcinie, proszę powolutku… Siądzie pan sobie na krzesełku i przygotuje SKIEROWANKO…

Numer 2: pacjent (starszy oczywiście ode mnie sporo, jak wszyscy tutaj), który chyba – po zapachu sądząc – dodał sobie kurażu przed stresującą wizytą u pani doktor. A bo ta kobita, wie pani, już mnie na dwie operacje wysłała! Jedno płuco wycięli, drugie… Skarpetkami oddycham! Dostałem takiego SKURCZYBYKA, CO DO TYŁU CHODZI…

(Przyznaję, że chwilę mi zajęło rozszyfrowanie tego imponującego kalamburu!)

Opublikowano werbalnie | Otagowano , | Dodaj komentarz

impresje wyborcze

Podjeżdżam pod lokal wyborczy. Parkuję Wavelo, włączam funkcję „postój”, wycieram kąpiący nos (ot, uroki jazdy na chłodnym wietrze), zabieram manatki z koszyka.

Przygląda mi się wychodząca z budynku starsza kobieta. Wreszcie podchodzi.

Zazdrość to brzydkie uczucie – zaczyna. – Ale muszę powiedzieć, że pani zazdroszczę. Że może pani jeździć na rowerze. Ja też całe życie jeździłam, a teraz lekarka mi zabroniła. Nawet przy chodzeniu się przewracam, a co dopiero na rowerze… No brzydkie uczucie, ale zazdroszczę, że pani może jeździć!

Milczę speszona. Bo i co mogę odpowiedzieć? Że jest czego zazdrościć? Że spacery też są przyjemne? Przecież ona „nawet przy chodzeniu się przewraca”… Zresztą sama wiem, że rower a spacer to dwie zupełnie różne rzeczy. Takiej wolności, jak rower, nie da żaden spacer. Może na starość potrzebuje się tego jeszcze bardziej. A może właśnie nie. Jak dożyję, to wam opowiem.

Uśmiecham się zatem zakłopotana. Życzymy sobie nawzajem wszystkiego dobrego i rozstajemy w zgodzie. Pewnie głosowała inaczej niż ja. A może nie. Ale nie ma to znaczenia.

Wchodzę do środka, podążam za strzałkami, znajduję właściwą salę. Zagaduję uprzejmie panie stojące w przejściu, coby się, jak to się mówi, nie wepchać w kolejkę. Zagadnięcie owo okazuje się posunięciem strategicznie niekorzystnym, ponieważ jedna z pań, ośmielona, wybiera mnie jako partnerkę do narzekania. Pierwsze natarcie dotyczy temperatury. Ależ gorąco, mogliby przecież okna otworzyć! Udaje mi się odeprzeć ofensywę. Bronię członków komisji, którzy siedzą w krótkich rękawach. Ach tak, siedzą przecież przy oknie – mityguje się narzekaczka. Ale szybciutko zbiera siły i przechodzi do kolejnego natarcia. Bo jakże to urna tak na środku, zamiast żeby na bok odsunąć i przejście zostawić! I zanim zdążę zaczerpnąć powietrza i pomyśleć o możliwej linii obrony, zadaje cios ostateczny, na który już nie uda mi się znaleźć odpowiedzi. Beznadziejnie to wszystko zorganizowane, jak zawsze! Roma locuta, causa finita.

Ech, duszo polska, duszo niespokojna! Nie spoczniesz, póki nie znajdziesz powodu do narzekania. Niechby ci do syta nakryli, i jeszcze na drogę obdarowali, zawsze coś będzie nie tak. Czy to serwetka krzywo złożona, czy zupa przesolona, czy kwiatów za mało. Takie to moce nadnaturalne polskiej duszy. Tak to gawędziło mi się ze starszą generacją przy wyborach.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

con sordino

Ognista kula słońca za smogową mgłą.

Rowerzyści w maskach, piesi z szalikami naciągniętymi na czubek nosa.

Siedzę w pracy… snuję się… znowu siedzę… wszystko tak samo niewyraźne i przytłumione. Myślę nawet logicznie i wyraźnie. Ale wolniej niż zwykle. Nawet mnie nie denerwuje, że inni myślą wolno.

W miarę wyraźny jest tylko ból pleców, prezent od pracy siedzącej. Tak mniej więcej na środku, może trochę bardziej w górnej niż dolnej partii kręgosłupa.

Gzymsy, fryzy, tympanony, dekoracje okienne. Daty i nieistniejące kościoły. Też przygaszone, wszystko jakby con sordino.

Jako tło muzyczne do tej mgły i melancholii: Raz Dwa Trzy, całokształt twórczości.

Ach, i jeszcze to:

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic – aż do końca. 

(tutaj cały tekst piosenki)

Robi się ciemno. Zaszło słońce, teraz za mgłą już tylko fryzy, gzymsy i tympanony. I upiorne bryły nieistniejących kościołów.

Lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic…

Opublikowano audialnie, werbalnie | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

październik

Zaczął się październik. Mimo najlepszych chęci (ograniczanych tylko wyżej wymienionymi niechcemisiami) nie mam nic pozytywnego do powiedzenia na ten temat. Może tylko tyle, że rękawiczki, które kupiłam sobie dzisiaj w drodze do pracy, dobrze grzeją.

Opublikowano werbalnie | Otagowano , | Dodaj komentarz